Sanatorium II, cz.2

Tak jak poprzednio były tam 3 łóżka. Dwa już zajęte przez inne pacjentki. Położyłam się na tym, które było wolne, a pielęgniarka opuściła pokój. Zostałyśmy same. Do obiadu nic się nie działo. Zaczęłam się zastanawiać co mnie tam spotka. Czy będę miała wykonywane podobne badania jak poprzednio czy zupełnie inne. Z pozostałymi dziewczętami szybko nawiązałam kontakt. Były w podobnym wieku co ja. One też, podobnie do mnie, zmagały się z wysypką. Zapytałam ich kiedy tam przyjechały. Okazało się, że są tam już kilka dni. Zapytałam więc co im robili przez te kilka dni, bo mnie na pewno czekało to samo. Opowiedziały mi wszystko dokładnie i nie myliły się. Byłam wystraszona czy zniosę te wszystkie badania i zabiegi, ale przynajmniej wiedziałam czego mam się spodziewać.

Po obiedzie do sali wkroczyły dwie pielęgniarki, rozpoczynając popołudniowy rytuał. Najpierw obowiązkowe korzystanie z toalety. Potem podchodziły do łóżka każdej z nas i odciągały kołdrę. Jedna z nich podciągała koszulinę wysoko pod cycuszki i podwijała nogę, mocno przytrzymując. Druga zaś naciągała w tym czasie gumowe rękawiczki, nabierała trochę wazeliny na palec i smarowała odbyt, po czym wpychała termometr głęboko do środka. Bolało, ale było do zniesienia. Może dlatego, że byłam starsza, a może dlatego, że już przez to przechodziłam. Pielęgniarka przytrzymywała pacjentkę przez cały czas mierzenia, a druga w tym czasie przygotowywała zastrzyk. Patrzyłyśmy na to wszystko jak bierze sporą strzykawkę, wprowadza lekarstwo do środka, nakłada igłę, która za chwilę miała znaleźć się w tyłku naszym albo koleżanki i odkłada na metalową tackę. Pamiętam, że zawsze towarzyszył temu specyficzny dźwięk. Aż do teraz go słyszę jak to wspominam. Gdy czas minął szybkim ruchem wyciągała termometr i zapisywała wynik na karcie przy łóżku, po czym brała strzykawkę, odsłaniała igłę i kierowała się w stronę tyłka. Jeszcze tylko zimny wacik i bolesne ukłucie w pośladek, a potem ból wstrzykiwanego lekarstwa, rozchodzący się po całej pupci. Zastrzyki były naprawdę bolesne i nie dziwiło nas, że czasem któraś zapłakała. Pielęgniarki wtedy mówiły chłodno, że to aż tak nie boli, że zaraz koleżanki też dostaną taki sam zastrzyk, że trzeba wytrzymać. W ogóle nie miały empatii ani współczucia. Po zastrzyku tyłek bolał jeszcze przez jakiś czas. Ale to nie był koniec. Pielęgniarka, która przytrzymywała pacjentkę puszczała ją, przekręcała na plecy i rozkładała nogi szeroko. W takiej pozycji leżałyśmy dopóki pielęgniarki nie przygotowały okładów. Wstydziłyśmy się siebie nawzajem, ale nie mogłyśmy się okryć czy zasłonić. Gdy miały wszystko gotowe, jedna podkładała pod pupę kawałek ceraty, a druga okładała pipuszkę i łono nasączonymi jakimś specyfikiem opatrunkami. To już nie bolało, a nawet było nieco przyjemne, jak chłodny materiał okrywał miejsca intymne. W takim stanie, z podciągniętą koszuliną, rozłożonymi nogami i gołym tyłkiem zostawiano pacjentkę i zabierano się za następną. Sądziłam, że gdy skończą okładać ostatnią z dziewcząt zdejmą opatrunki i będzie można się okryć, ale myliłam się. Obie pielęgniarki wyszły z sali, a my miałyśmy tak leżeć dopóki okłady nie wyschną. Nie wolno było majstrować przy nich. Jak tylko któraś z pielęgniarek zauważyła, że cokolwiek było ruszane wkrapiała klapsy na gołą pupę. Nikt się nie patyczkował, a i zgłosić nie było komu.

Po kilku kwadransach wróciły i zdjęły opatrunki, podciągając koszulinę jeszcze wyżej, aż pod szyję. Za chwilę zaczynał się obchód. Tak właśnie przygotowane miałyśmy oczekiwać na medyków. Jak poprzednio do sali wkraczało całe konsylium lekarzy, wraz ze studentami. Pochylali się nad każdą z pacjentek, oglądali, badali, pytali studentów, sprawdzając ich wiedzę, prosili ich o zbadanie. I znów młode chłopaki chętni do badania, a my całkiem bezbronne i nagie. Wstyd był zawsze na obchodach straszny, bo wtedy byli praktycznie sami mężczyźni, mało było lekarek czy studentek. A już mowy nie było o tym, żeby sobie wybrać. A musiałaś im wszystko pokazać i na wszystko pozwolić. Nie rozumieli, że człowiek się wstydzi, na golasa przed tyloma facetami.

Wymęczone po obchodzie jadłyśmy kolację, a potem znów wieczorne zabiegi. Obowiązkowa toaleta, a po powrocie odsłanianie pipuszek, podwijanie nóg, mierzenie temperatury, przytrzymywanie, zastrzyki i rozchylanie ud do granic możliwości. Tym jednak razem pielęgniarka przytrzymywała pacjentkę, a druga dokładnie smarowała łono, pipiszkę i rowek między pośladkami jakąś maścią. Samo smarowanie nie bolało, ale gdy maść została naniesiona na miejsce pokryte wysypką strasznie piekło i szczypało. Następnie pielęgniarka owijała wszystko przezroczystą folią, żeby maść się wchłonęła, a nie wytarła w pościel i zakładała tetrową pieluchę na wszelki wypadek. Do rana nie wolno było tego ściągać ani ruszać, nie można było też udać się do toalety za potrzebą. W takim stanie zostawiały nas na całą noc.

warning1Przed zaśnięciem, co było trudne, rozmawiałyśmy o swoich odczuciach. Cieszyłam się, że nie tylko mnie tak bolą miejsca posmarowane maścią. Opowiadałyśmy sobie o tym co nas spotkało. Ja opowiedziałam im o swoim maratonie po lekarzach i poprzednim razie w sanatorium. One opowiedziały mi o swoich doświadczeniach. Nawzajem się wspierałyśmy, że nie będzie aż tak źle i że wszystko dzielnie zniesiemy.

14 myśli w temacie “Sanatorium II, cz.2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s