12 postanowień, cz.1

Koniec roku skłania do przemyśleń i podsumowań wydarzeń ze starego roku i robienia postanowień na nowy rok. Zawsze uważałam to za bzdurę i nie bawiłam się w to. Jak coś chciałam zrobić, o czymś marzyłam to i tak zwykle nie udawało mi się to. Więc po co robić jakieś durne postanowienia, żeby za rok stwierdzić, że mi nie wyszło?

Niestety, w tym roku dopadło to i mnie. Z nudów naszła mnie refleksja, aby zastanowić się nad mijającym rokiem. Co było dobrego, co było złego, co mi się udało, co mi się nie udało i co chcę osiągnąć w przyszłym roku. Też tak robicie? A wiecie, co wyszło z moich podsumowań? Praca, dom, praca, dom, 3 wypady do kina, 3 wyjścia do teatru, 0 wizyt w operze czy filharmonii, 1 przeczytana książka, 50 złoty wydane w lumpeksie i 5 wizyt u lekarza. Jednym słowem N U D A. Totalny, absolutny brak życia. Mam 37 lat, pracuję w corpo, nawet nie na kierowniczym stanowisku, po pracy wracam do pustego, wynajętego mieszkania, bo oczywiście jestem sama, bez żadnych perspektyw na związek czy rodzinę, czasem obijam się o półki sklepowe, żeby wziąć trochę gotowych produktów do odgrzania w mikrofali, ponieważ na żadne inne kulinarne fantazje zwyczajnie nie mam ochoty, a w weekendy śpię i całymi dniami leżę w łóżku, odreagowując korporacyjny stres i frustrację. I tak rok za rokiem. Ale dosyć tego! W tym roku poczułam płynącą z kosmosu siłę, dzięki której odmienię swoje życie. Zacznę żyć, a nie tylko biernie, bezmyślnie wegetować. Dlatego też zrobiłam 12 postanowień, które sprawią, że zacznę korzystać z życia, poczuję, że żyję, zrobię coś szalonego, a może też i pożytecznego? Zobaczymy jak wyjdzie, ale na razie jestem dobrej myśli, pełna energii, by zmienić swój świat. A wszystkie moje poczynania opiszę Wam tutaj. Może kogoś zainspiruję do tego, aby również wziąć życie w swoje ręce? Kto wie…

STYCZEŃ 2020

Znalezienie 12 wyzwań możliwych do spełnienia wcale nie było proste. Nie mogło to być nic sztampowego, np. „znajdę lepszą pracę”, albo „schudnę”. Jak przez 12 lat nie znalazłam, to pewnie w tym roku też nie znajdę. Tak samo z całą resztą, jak przez tyle lat nie schudłam to pewnie teraz też nie schudnę. Albo jak przez tyle lat nie wzięłam kredytu na własne mieszkanie to wątpię, aby w tym roku mi go dali. To nie mogło być coś z góry spisanego na straty. I jednocześnie musiało być to coś atrakcyjnego, żeby chciało mi się to zrobić. Coś przyjemnego…

Ok, zacznijmy od czegoś łatwego. Sięgając lata świetlne pamięciom wstecz nigdy nie byłam na imprezie karnawałowej. Ani nawet na jakiejkolwiek imprezie w karnawale. Takie imprezy nie są dla mnie. Pełno na nich wylaszczonych niuń, wdzięczących się do napalonych facetów. Z moim szczęściem żaden nawet by na mnie nie spojrzał. Z drugiej strony zawsze chciałam wcisnąć się w błyszczącą, cekinową kieckę, pomalować usta na jakiś odważny kolor, założyć 12 centymetrowe szpilki i wyszaleć się na parkiecie. Jednak nigdy nie miałam na tyle odwagi, by to zrobić. Obawiałam się ośmieszenia i odrzucenia.

Jednak energia z kosmosu kazała mi przerwać złą passę. Najpierw trzeba było znaleźć jakąś fajną imprezę, co nie było trudne. Mieszkam w dużym mieście, więc w czasie karnawału roi się tu od imprez. Wpadło mi w oko kilka ciekawych propozycji. Wieczór jazzowy, wymagane stroje wieczorowe – fajna, ale trochę nudna. Szukałam czegoś, gdzie mogłabym znaleźć ujście nie tylko dla mojej kobiecości, ale też drzemiącej we mnie energii. Kolejne co znalazłam to impreza tematyczna lata 90, konieczne przebranie z tamtych lat. Super pomysł, tym bardziej, że w latach 90 byłam nastolatką, więc doskonale pamiętam dyskoteki z tamtych lat. Britney Spears i Christina Aguilera królowały na listach przebojów, wypuszczając hit za hitem, do których bawiło się miliony dzieciaków takich jak ja. Miałam ochotę na tę imprezę, chociaż błyszcząca, cekinowa sukienka, którą marzyłam, aby włożyć, zupełnie odpadała. Musiałabym ubrać jakieś legginsy w panterkę albo dres ortalionowy, bo takie rzeczy się wtedy nosiło. Poza tym, w piątek, gdy odbywała się ta impreza wypadał mi okres, co nieco psuło moje szyki, dlatego postanowiłam sobie odpuścić. Poza tym znalazłam coś znacznie lepszego i w lepszym terminie.

Tydzień później, w sobotę, bal karnawałowy w stylu 50 twarzy Greya. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego robią. Co prawda książek nigdy nie czytałam, nie oglądałam też filmów, więc nie wiedziałam za bardzo o co chodzi, jednak po opisie i fotografiach, reklamujących wydarzenie od razu stwierdziłam, że to coś, czego właśnie szukam. Aby wejść trzeba było zrobić rezerwację i kupić bilet, co też uczyniłam. Na szczęście obudziłam się w porę wcześnie i było jeszcze kilka wolnych miejsc. Co prawda wejściówka nie należała do najtańszych, ale miałam nadzieje, że będzie warto. Po wykonaniu transakcji otrzymałam potwierdzenie wraz ze szczegółowymi informacjami o przebiegu wieczoru i wymaganych strojach. Wszystko zapowiadało się naprawdę dobrze. Cieszyłam się i byłam podekscytowana.

Musiałam jeszcze skombinować jakąś kreację. Moja szafa pozostawiała wiele do życzenia. Nie było w niej nic, co mogłabym na ten wieczór na siebie włożyć. Nigdy nie przywiązywałam uwagi do tego, co na siebie zakładam. Teraz potrzebowałam czegoś naprawdę ekstra. Dlatego zaraz następnego dnia wybrałam się na zakupy. Nigdy nie lubiłam chodzić po sklepach, przymierzać, stać w kolejkach do kasy czy przymierzalni. Teraz było inaczej. Byłam podekscytowana tym, że idę na zakupy. Miałam konkretny cel, wiedziałam co chcę kupić, nie szwendałam się więc bez sensu po sklepach. Okazało się, że jestem dość wybredna. Obejrzałam mnóstwo sukienek w różnych sklepach, ale to nie było to czego szukałam. Niestety, nie mam idealnej figury 20-latki, zresztą nigdy nie miałam, więc wiele kreacji, które przymierzyłam niestety na mnie nie pasowały. Za wąskie, za ciasne, podkreślające szerokie biodra i brzuch, za długie, za mało błyszczące. Od niechcenia, zrezygnowana weszłam do kolejnego butiku, który zazwyczaj szerokim łukiem omijałam. Ubrania raczej nie dla mnie i w cenach, na które nie mogłam sobie pozwolić. Tym razem szukałam jednak czegoś wyjątkowego i właśnie tam to znalazłam. Ekspedientka pokazała mi kilka sukienek, jednak uwagę przykuła tylko ta jedna, którą przymierzyłam i zdecydowałam się kupić, choć znacznie przekraczała mój budżet. Ale co tam, raz się żyje. Pierwszy i chyba ostatni raz w życiu idę na taki bal, na który i tak już wydałam majątek, żeby się tam w ogóle znaleźć, więc muszę wyglądać olśniewająco. Sukienka była bardzo krótka, w kolorze rose gold, ze złotymi, połyskującymi cekinami i odrobiną stonowanego beżu. Ze względu na to, że błyskotki były naprawdę drobne wyglądała bardzo elegancko, a nie tandetnie. Nie była opinająca, ale ładnie przylegała do ciała, podkreślając kobiece krągłości. Trochę jak koszulka nocna. Miała mocno wycięty dekolt na tyle, że trzeba ją nosić bez stanika i mocno odkryte plecy. Niemalże do pośladków. Trzymała się na cienkich ramiączkach i była bardzo błyszcząca. To mi się podobało najbardziej. Co prawda nie będę mogła w niej skakać po pakiecie, będę musiała się mocno pilnować, by pozostała na swoim miejscu i nigdzie więcej jej już nie założę. Długo mierzyłam ją, bijąc się z myślami. Rozum kazał mi ją odwiesić na wieszak, jednak serce kazało mi ją kupić. I tak też zrobiłam. W drodze powrotnej wstąpiłam jeszcze do sklepu z gadżetami i kupiłam srebrną maskę, wiązaną z tyłu na czarną tasiemkę. To dodało mi na balu tajemniczości.

Zadowolona z zakupów wróciłam do domu i jeszcze kilka razy przymierzyłam kieckę. Za każdym razem wyglądałam olśniewająco i podobałam się sobie. Zobaczyłam, że mogę w czymś wyglądać sexy i kobieco. Teraz już tylko pozostawało mi odliczać dni do wielkiego wydarzenia.

Niestety, nie mogło pójść tak gładko. Kilka dni przed balem zorientowałam się, że mam tylko sukienkę i nic więcej. Ani bielizny, ani butów, ani nic, co mogłabym na siebie założyć, żeby było mi ciepło. Puchowa kurtka raczej do tej sukienki nie pasowała. Tym samym, kolejny raz wylądowałam w galerii. Na szczęście wszystko czego było mi trzeba kupiłam w pierwszej sieciówce, do której weszłam. Biały, długi żakiet, brokatowe sandałki, kopertówka i beżowy płaszczyk. Wydałam kolejną fortunę, ale byłam przygotowana od stóp do głów. Na przygotowania na bal wydałam więcej niż chyba w ciągu ostatnich 5 lat, ale absolutnie się tym nie przejmowałam. Obiecałam sobie, że w tym roku zacznę żyć i tak będzie.

*

Wreszcie nadszedł upragniony i długo wyczekiwany dzień. Wstałam później niż zwykle, oszczędzając siły na wieczór. Zjadłam pyszny obiad, zamówiony z pobliskiej restauracji. W końcu nie mogłam iść głodna, a jedząc smaczny posiłek dodatkowo zrobiłam sobie przyjemność. O 16 zaczęłam się szykować. Zarezerwowałam sobie trochę czasu, żeby zrobić się na bóstwo. Wzięłam długi, gorący prysznic. Wydepilowałam się i zrobiłam peeling. Potem nabalsamowałam dokładnie całe ciało, balsamem o takim samym zapachu jak perfumy, którymi na koniec obficie się spryskałam. Trzymałam je na specjalne okazje i wreszcie taka nadeszła. Zakręciłam włosy na lokówkę, robiąc delikatne fale i zrobiłam szybki makijaż. Miałam nadzieję, że to wystarczy. Wreszcie przyszła pora na sukienkę. Oczywiście nie miałam bielizny, której nie kupiłam. Przez chwilę przemknęła mi myśl, żeby w ogóle z niej zrezygnować. Skoro i tak nie mogę założyć stanika to po co mi majtki? Zdecydowałam się jednak na jedyną koronkową, prześwitującą parę, jaką znalazłam w szafie. Do tego wreszcie sukienka, sandałki na obcasie, biały żakiet i beżowy płaszczyk. Biżuterię sobie podarowałam, bowiem sukienka i buty były wystarczająco dekoracyjne. Nie chciałam wyglądać jak choinka. Założyłam tylko niewielkie, delikatne, złotopodobne kulki, żeby zakryć czymś dziurki w uszach. Ostatecznego looku dopełniła ogniście czerwona szminka, którą nałożyłam na usta na samym końcu. Kupiłam ją kiedyś w nadziei, że pewnego dnia będę na tyle silną kobietą, aby ją na siebie założyć. Spojrzałam ostatni raz w lustro. Wyglądałam jak milion dolarów. No dobra, może jak 750 tysięcy, bowiem moje piersi bez stanika nie wyglądały zbyt oszałamiająco. Niestety wiek i grawitacja zrobiły swoje, ale i tak wyglądałam super. Jak nie ja. Albo bardziej jak nowa ja. Spakowałam najpotrzebniejsze drobiazgi do kopertówki i zeszłam na dół, gdzie czekała już na mnie taksówka.

Jechaliśmy dobre pół godziny; lokal znajdował się na drugim końcu miasta. Jeszcze w taksówce założyłam maskę, aby wejść do lokalu w pełnym przebraniu. Dobrze, że udało się podjechać pod samo wejście, bowiem sandałki na obcasie i króciutka sukienka, nawet pod żakietem i płaszczykiem, nie były zbyt odpowiednie jak na tę porę roku. Przed klubem był rozłożony czerwony dywan, a wejścia pilnowało dwóch potężnych ochroniarzy. Na szczęście udało mi się wejść bez problemu po okazaniu biletu. Krocząc czerwonym dywanem czułam się jak gwiazda. Tak to wszystko miało właśnie wyglądać.

W środku oddałam rzeczy do szatni i rozejrzałam się po sali. Nie było jeszcze dużo ludzi, choć sporo loży było już zajętych, a wciąż dochodzili nowi. Wszyscy wyglądali bardzo elegancko. Mężczyźni w czarnych garniturach i białych koszulach. Z muchami lub pod krawatem. Kobiety w sukniach długich, wieczorowych i krótkich sukienkach podobnych do mojej. Wiele gości miało maski. Ucieszyłam się, że trafiłam ze strojem w samo sedno. Nie będę odstawać. Z uwagi na to, że nie wykupiłam loży, zostało dla mnie jedynie miejsce przy barze. Podeszłam, wdrapałam się na wysokie, barowe krzesło, położyłam torebkę na barze i zamówiłam Martini z oliwką. Co prawda nie lubiłam oliwek, ale wydawało mi się, że to odpowiedni drink do takiego stroju i takiej imprezy.

Zdążyłam wypić cały, jeszcze przed rozpoczęciem, choć starałam się sączyć powoli. Gdy na scenę wszedł mężczyzna w ciemnej masce i czarnym garniturze, obróciłam się tyłem do baru, żeby lepiej widzieć. Przywitał zgromadzonych gości i przedstawić plan imprezy. Najpierw elegancki wieczór z tańcami towarzyskimi, a w drugiej części wieczoru najlepsze, karnawałowe hity. Ja czekałam oczywiście na tę drugą część. Czekał mnie więc długi, upojny wieczór zanim wyjdę szaleć na parkiet. Ponownie obróciłam się w stronę baru i przywołałam kelnera. Zamówiłam kolejne Martini i zaczęłam obserwację. Muzycy grali zmysłowe melodie. Goście zaczęli bawić się w swoim towarzystwie, plotkując przy drinkach. Na parkiecie nieśmiało pojawiały się pierwsze pary. Z rozmowy kobiet, stojących obok podsłuchałam, że to muzyka z filmów „50 twarzy…”. Mogłam się domyśleć, w końcu to wieczór o takiej tematyce. Atmosfera mogła wydawać się sztywna, ale wszyscy się dobrze bawili. Nawet ja, popijając kolejne Martini. Pochłonięta obserwowaniem przestrzeni wokół mnie, nie zauważyłam, że ktoś mnie obserwuje. Gdy chciałam zamówić kolejny napój, w magiczny sposób zjawił się przy mnie i ubiegł mnie. Dostałam Cosmo, ponieważ jak powiedział, był to drink pity przez główną bohaterkę książek. Nie sądziłam, że faceci zwracają uwagę na takie głupoty. Niemniej jednak grzecznie podziękowałam. Nieco niedbale oparł się o bar. Był bardzo elegancki i szykowny. Nawet nie chcę wiedzieć ile kosztował jego garnitur. Twarz zasłonięta była czarną maską, jednak to, co spod niej wystawało robiło wrażenie. Wysportowana sylwetka, pięknie zarysowany biceps i męskie rysy twarzy. Był to typ mężczyzny, który wielbiły wszystkie kobiety, a tylko nieliczne miały zaszczyt dostąpić, choćby na chwilę, jego towarzystwa. I tak sądziłam, że nie będzie z tego nic więcej prócz wymiany paru zdań przy drinku, postanowiłam się więc zabawić. Odpowiadałam śmiało i odważnie jak niezależna kobieta sukcesu, świadoma swojego seksapilu. Nawet trochę zaczęłam flirtować. Już zapomniałam jak to jest podrywać faceta i właśnie przypomniałam sobie jakie to przyjemne, a nawet zabawne. On również był niezależny i bardzo pewny siebie. Po kilku zdaniach, obrócił się do mnie twarzą i spojrzał w moje oczy. Aż przeszedł mnie dreszcz. Był nieziemsko seksowny i pociągający. Chętnie zabrałabym go do toalety i pokazała mu co potrafi mój język. Aż sama się siebie bałam. Nie wiedziałam skąd we mnie tyle odwagi i nieprzyzwoitości. Może lata nieudolnego seksu lub w ogóle ostatni jego brak zrobiły swoje? A może to ta atmosfera tajemniczości, zmysłowości i „50 twarzy…”? Obojętnie co by to nie było, zadziałało. I bardzo mi się to podobało.

Gdy dokończyłam drinka, wysunął dłoń w moją stronę, ja odruchowo podałam mu swoją i ruszyliśmy na parkiet. Nie miałam pojęcia o tańcu towarzyskim, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Złapał mnie mocno w pasie i przyciągnął do siebie. Poczułam się bezpiecznie w jego objęciach. Chwilę potem płynęliśmy po parkiecie. Pozwoliłam mu się prowadzić i całkiem dobrze nam to wychodziło, chociaż nie umiałam tańczyć. Był dosłownie kilka centymetrów wyższy ode mnie i pachniał naprawdę męsko. Mogłabym przetańczyć z nim całą noc. Muzycy płynnie przechodzili z jednej melodii w inną; odnosiło się wrażenie, że cały czas trwa jeden utwór. Przez cały czas trzymał mnie mocno, blisko swojego ciała i niechętnie wypuszczał. Ja również w jego uścisku czułam się bardzo dobrze. Po kilku rundach wokół sali zaprosił mnie do swojej loży i zamówił drinki. Muzyka była zbyt głośna, aby gawędzić, obserwowałam więc wirujące po parkiecie pary. Mężczyźni prezentowali się elegancko, suknie kobiet wirowały w powietrzu. Na ekranach rozwieszonych po sali wyświetlali teledyski i urywki z filmu. Chyba powinnam obejrzeć chociaż pierwszą część… Zmysłowa muzyka, przystojny facet obok mnie i kilka porcji alkoholu wprowadziły mnie w cudowny stan. Czułam, że mogę wszystko. Chciałam szaleć. Gdybym nie była tak upojona pewnie zastanawiałabym się czemu wcześniej nie chodziłam na takie imprezy.

Cześć pierwsza zbliżała się ku końcowi. Goście udali się do baru i swoich loży, aby skubnąć maleńkie, eleganckie przekąski, udając, że się tym najedli i uzupełnić płyny. Przez moment zrobiło się naprawdę cicho. Udało nam się zamienić kilka słów. Po tych kilku zdaniach wydawał się być ciekawym człowiekiem. Ale ja nie przyszłam tu po to, żeby szukać męża, tylko się bawić.

Podczas przerwy zespół zastąpił DJ, który puszczał bardziej energiczną muzykę. Wreszcie coś do samodzielnego potańczenia, nie tylko w parach. Szybko dopiłam drinka, znacząco zerknęłam w jego stronę i pobiegłam na parkiet. Dałam się ponieść muzyce, nie przejmując się ludźmi dookoła. Byłam w masce, więc nikt mnie nie rozpozna. Mimochodem zerkałam w jego stronę. Przez cały czas mnie obserwował. Postanowiłam się więc zabawić i zaczęłam go kokietować. Wyginać się i tańczyć jak kotka. Seksownie poruszać się, co jakiś czas zmysłowo dotykając swojego ciała. Przesuwając dłonią od szyi, przez dekolt, zahaczając o biust, gładko sunąc po biodrze aż do złączenia ud. Przygryzałam dolną wargę i odchylałam głowę w tył, jak podczas stosunku. Podwijałam nieco i tak już kusą kieckę i kątem oka obserwowałam jego reakcję. Na początku przyglądał mi się ze zdziwieniem, jakby nie wiedział co robię. Potem rozsiadł się wygodnie w swojej loży, ręce rozłożył na oparciu i uważnie obserwował całe show. Mimo, że dookoła było mnóstwo ludzi, tańczyłam tylko dla niego, a on patrzył tylko na mnie. Czułam się niezwykle kobieco, zmysłowo i seksownie. Podobało mi się to jak na mnie patrzy, z adoracją w oczach i sama nie mogłam w to uwierzyć, że byłam do tego zdolna. Pozwolił mi jeszcze trochę pobawić się, dopił swoją whisky i dołączył do mnie na parkiecie. Tańczyliśmy bardzo blisko siebie, ocieraliśmy się swoimi ciałami, czułam zapach jego perfum, jego oddech na swojej szyi i wybrzuszenie w jego spodniach. Wiedziałam, że to z mojego powodu i było mi z tym dobrze. Już dawno żaden facet nie reagował na mnie w ten sposób.

Nagle chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą w stronę wyjścia. Sądziłam, że jedziemy do niego, ale nieoczekiwane skręcił na prowadzące na górę schody. Nie wiedziałam gdzie mnie prowadzi, ale grzecznie podążałam za nim. Było już grubo po dwunastej, byłam zmęczona, spocona, nieźle wstawiona i napalona. Na górze okazało się, że są pokoje. Nie wiedziałam, że jeden z nich wynajął. Zatrzymaliśmy się, przekręcił klucz w drzwiach i weszliśmy do środka. Pokój był elegancki, przestronny i utrzymany w ciemnych kolorach; pasujący do sali na dole. Czerń z dodatkami złota i głębokiej czerwieni sprawiała, że czułam się jak królowa. Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że nie był to zwykły pokój. Rozejrzałam się po wnętrzu. Do łóżka były przytwierdzone pasy na ręce i nogi, obok stał obity zamszem, nieznany mi mebel, nigdy takiego nie widziałam. Czyżby to pokój z 50 twarzy Greya? Opadłam na łóżko, zastanawiając się co teraz będzie. Mój towarzysz podszedł do mnie, nachyli się nade mną i głęboko pocałował. Miałam na niego ochotę, więc odwzajemniam go równie namiętnie. Popchnął mnie lekko do tyłu, abym opadła na łóżko, a on podążył za mną, nie przerywając pocałunku. Po chwili zszedł niżej na dekolt i piersi, do których, w tej sukience, miał dziecinnie łatwy dostęp. Cudownie było znów poczuć męskie dłonie i język na moim biuście. Podnieciło mnie to jeszcze bardziej. Nie chciałam, żeby mnie zdominował, nie chciałam leżeć jak kłoda, zanurzyłam więc dłonie w jego włosach i kierowałem go w odpowiednią stronę, wijąc się i jęcząc pod nim. Schodził coraz niżej, podsunął moją sukienkę wysoko do góry i jednym, szybkim ruchem zerwał ze mnie majtki. Moją jedyną, koronkową, prześwitującą parę. Muszę pamiętać, aby kupić nową. Jednak nie miałam mu za złe. Sama już nie mogłam się doczekać, a on jakby specjalnie przedłużał, dmuchając i całując moje nagie łono. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i jak najszybciej się na niego nadziać. Dźwignęłam się do góry i przewróciłam go na plecy. Był napalony i ciężko oddychał. Wyszarpałam jego koszulę ze spodni, rozpięłam, zrywając przy tym wszystkie guziki i odsunęłam poły na boki, żeby móc patrzeć na jego klatę. Niemalże jednym ruchem ręki odpięłam pasek (sama zdziwiłam się swoją sprawnością, choć mógł to być również akt desperacji) i zsunęłam mu lekko spodnie wraz z bielizną, obnażając członka. Był ładnie zbudowany i prężył się do góry. Naciągnęłam prezerwatywę i natychmiast zniknął we mnie. Byłam tak mokra, że zanurzył się bez problemu. Poczułam ulgę, gdy wreszcie mnie wypełnił. Od razu narzuciłam dość szybkie tempo, zaczęłam posuwać się w górę i w dół i rytmicznie zaciskać pochwę, prężąc się przy tym na jego oczach niczym wytrawna kochanka, którą nie byłam. Zsunęłam ramiączka od sukienki, która opadła aż do pasa i zaczęłam pieścić sutki. Obserwował całe to przedstawienie zamglonym wzrokiem. Nie wiedziałam tylko czy przez alkohol czy też pożądanie. Czułam jego twardego kutasa w sobie i zmierzałam tylko w jednym kierunku. Chwycił mnie za biodra, lekko hamując, jakby nie chciał zbyt szybko dojść, jednak nie dał rady mnie powstrzymać. Też byłam już blisko i nie chciałam zwlekać. Chwyciłam go mocno za poły koszuli, przyspieszyłam i po kilku sekundach byłam już na szczycie. Dołączył do mnie niemalże w tym samym momencie. Po chwili opadłam na niego wykończona, ciężko dysząc. Byłam zadowolona i zrelaksowana. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz ujeżdżałam kogoś tak intensywnie. Zwykle nie chciało mi się wysilać, bo i tak rzadko dochodziłam. Poza tym, nigdy nie miałam w łóżku takiego mężczyzny. Dziś było zupełnie inaczej. Czułam się kimś innym, robiłam rzeczy, na które do tej pory się nie odważyłam i było mi z tym dobrze. Nawet nie wiem kiedy usnęłam.

warning1

Obudziłam się obok niego po kilku godzinach. Było jeszcze ciemno, ale impreza chyba się już skończyła, bo nie dochodziły z dołu już żadne dźwięki. Ostrożnie podniosłam się, żeby go nie obudzić i poprawiłam sukienkę. W zasadzie ubrałam tylko buty i byłam gotowa do wyjścia. Na stoliku nocnym zostawiłam mu swój numer telefonu napisany czerwoną szminką na chusteczce. Jak będzie chciał to zadzwoni. Po czym po cichu zabrałam torebkę i wyszłam.

9 myśli w temacie “12 postanowień, cz.1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s