Miejskie opowieści

Autor: Praca zbiorowa

Umowa małżeńska

miejskieNie lubiłem być okłamywany. Brzydziłem się kłamstwem, zdradą, brakiem lojalności. Wierność była dla mnie sprawą nadrzędną. Wierność sobie, żonie, własnym przekonaniom i poglądom. Magda nieraz żartowała, że przez to jestem jak krowa, która ich nie zmienia. Nawet jeśli miała rację, to nie mogła powoływać się na to, że nie znała moich poglądów przed ślubem. Od zawsze byłem z nią szczery, a w wieczór oświadczyn ubrałem swoje poglądy w słowa i wygłosiłem mowę.

Tak naprawdę, kiedy przedstawiałem Magdzie reguły, jakie będą obowiązywały w naszym małżeństwie, to nie sądziłem, że kiedykolwiek dojdzie do zastosowania wielu z nich. Pomimo tego postawiłem na zupełną szczerość, mając świadomość, że może ją to wystraszyć i sprawić, że odejdzie.

Nigdy nie żałowałem tego, że jej nie okłamałem i że nie przemilczałem niektórych rzeczy, choć skutek mojej wylewności był zupełnie odwrotny od zamierzonego. W zamierzeniach Magda miała się wystraszyć, przez to pilnować, a dzięki temu nigdy mi nie podpaść, a przynajmniej nie na tyle, bym musiał sięgnąć do konkretnych rękoczynów. Niekonkretnych się nie obawiałem. Wymierzenie klapsa czy kilku przychodziło mi z łatwością. Nie towarzyszyło mi przy tym żadne rozczulanie się nad kobietą, przez co nie było konieczności bym walczył sam z sobą na argumenty i przekonywał samego siebie o słuszności takiego postępowania. W przypadku, gdy tych klapsów było więcej i gdy ból, który temu towarzyszył, spokojnie mógł nosić miano kary, zamiast delikatnej przestrogi, pojawiała się też rozterka. Zastanawiałem się wtedy, czy na pewno postępuję słusznie, czy nie ma innej możliwości. Poziom wewnętrznej niepewności rósł wprost proporcjonalnie do wymiaru kary. W sytuacji, kiedy trzeba było sięgnąć narzędzi, bo ręka przestawała wystarczać, na zewnątrz nie okazywałem emocji, wewnętrznie płakałem.

Magda w efekcie mojej szczerości stała się głupio ciekawa tego, jak daleko musi się posunąć, by wyprowadzić mnie z równowagi. Ona uważała, że będzie to wyprowadzeniem z równowagi. Myliła się. Ja zawsze stawiałem na całkowity spokój i gdybym był zdenerwowany, dygoczący, wściekły, to nie podniósłbym na nią ręki, w obawie, że mógłbym jej wyrządzić trwałą krzywdę.

Stojąc nad żoną, z pasem trzymanym w ręce, zastanawiałem się czy nie lepiej najpierw ją obudzić, porozmawiać, a dopiero później, ewentualnie… Pokręciłem głową i sam od siebie odgoniłem ten pomysł. Magda miała wiele okazji, by powiedzieć prawdę. Dopytywałem o nią. Miała też świadomość, że kłamstwa nie znoszę, ale mimo tego kłamała i to nie przez przypadek, ze zwykłego zapomnienia i pomyłki. Ona czyniła to świadomie i wyrafinowanie.

Podniosłem dłoń, wziąłem krótki zamach i strzeliłem. Niemocno, ale wystarczająco, by moja żona to poczuła. W efekcie tego czynu w przestrachu zerwała się na kolana i uciekła na drugą stronę łóżka.

– Witam śpiącą królewnę – przywitałem się. – Pozwól no tu jeszcze na moment. – Przywołałem ją ruchem dłoni i wskazałem na miejsce, gdzie chciałem ją widzieć.

Magda milczała i muszę szczerze przyznać, że mnie tym zaskoczyła. Spodziewałem się jakiegoś wykrzyknienia już w chwili, gdy zostanie wyrwana ze snu. A jeśli nie wtedy, to chwilę później.

– O co ci chodzi? – zapytała drżącym głosem.

– Nie wiesz? – zdziwiłem się. Moim zdaniem powinna już dawno się domyślić, że się wydało i przestać odgrywać kiepski teatr. Przełożyłem pasek z prawej dłoni do lewej. Zdjąłem zegarek, by nie poobijać go szlufką i nie zniszczyć. Był dla mnie szczególnie ważny. Miałem do niego sentyment. Odłożyłem go na stolik nocny, tuż przy pudełku ptasiego mleczka. Na Magdy stoliku nocnym zawsze była jakaś słodkość, w jego szafce jeszcze więcej słodkości i chipsów, a w szufladzie taka ilość papierków, że ta ledwie się zasuwała. Nigdy mi to nie podobało się, ale do tego nawykłem. Magda nie była pedantką i nie mogłem od niej tego wymagać. Tak naprawdę nie chciałem jej zmieniać, i do czegoś takiego nigdy nie wykorzystałbym swojej pozycji w związku. Jeśli już w jakiś sposób karałem żonę, to tylko w ostateczności, a nie w przypadku drobiazgów i głupot, z których można było się później, po latach, śmiać.

– Naprawdę nie wiesz za co? – zapytałem, obchodząc łóżko. Nim znalazłem się po tej stronie, na której klęczała, to ona już była na drugiej. – Nie będę się z tobą bawił w ganianego – uprzedziłem.

– Więc mi powiedz, o co ci, kurwa, chodzi? – odpowiedziała. Była zestresowana. Raz się nawet zająknęła.

– Dobra. – Splotłem ręce na piersi, ale paska nie wypuściłem z dłoni. Postanowiłem spełnić jej żądanie. – Okłamałaś mnie – zagrałem w otwarte karty. W mojej opinii i na podstawie doświadczeń, w małżeństwie nie ma najmniejszego sensu grywać zakrytymi.

Magda spojrzała się najpierw na mnie, później na pościel. Pokręciła głową. Wyglądała tak, jakby za wszelką cenę starała się zebrać myśli.

– Z czym? – wypaliła w końcu.

– A ty wiesz, że to pytanie wcale, ale to naprawdę wcale nie działa na twoją korzyść? – zapytałem.

Jeśli Magda nie wiedziała z czym mnie okłamała, to znaczyło jedynie tyle, że nie domyślała się, które kłamstwo wyszło na jaw.

Nie spuszczając mnie z oczu, zeszła z łóżka, ale z tej strony, by to ono nas oddzielało.

– Spokojnie – powiedziała, podnosząc ręce, jakby chciała przekazać mi na migi, że mam się zatrzymać lub nie ruszać z miejsca.

– Nie jestem zdenerwowany – odpowiedziałem.

– A ja jestem! – wypaliła wściekła. – Budzisz mnie w taki sposób! Niczego nie wyjaśniasz! Jeszcze sugerujesz, że ja mam tobie wyjaśnić! – wykrzykiwała, gestykulując. Cała aż przy tym poczerwieniała na twarzy. Była wyraźnie zestresowana. Miotała się. Z jednej strony wykłócała, z drugiej ledwie powstrzymywała łzy.

Powstrzymałem się przed postąpieniem kroku, choć w pierwszej chwili chciałem szybko pokonać dystans, który nas dzielił i kilkoma szybkimi klapsami sprowadzić żonę na odpowiedni tor. Ten, którym obecnie podążała ta rozmowa, odpowiedni nie był, a wszystko to za sprawą podniesionego tonu.

– Podejdź do mnie – odezwałem się do niej bardzo spokojnie. Mój ton nie był nawet rozkazujący.

Magda niemal natychmiast intensywnie pokręciła głową.

– Podejdź do mnie – ponowiłem, bo moje poprzednie słowa nie odnalazły odzwierciedlenia w czynach żony.

Tym razem Magda nie kręciła głową. Patrzyła na mnie. Jej wzrok był lekko rozbiegany, skakał od mojej twarzy do klatki piersiowej, poprzez szyję, z rzutem na włosy i ścianę oraz meble, które znajdowały się za mną.

– Po co? – zapytała niepewnie i zamiast zmniejszyć dystans między nami, wycofała się do samej toaletki, tak że aż pupą dotknęła tapicerowanego krzesła.

– Właściwsze pytanie brzmi „dlaczego?” – podpowiedziałem. – Zaś moja odpowiedź na nie, to: choćby dlatego byś jeszcze do końca tygodnia dała radę usiąść na tym krześle, o które się teraz ocierasz.

Magda nagle odwróciła krzesło i na nim usiadła, zupełnie tak, jakby jeszcze chciała skorzystać z luksusu, jakim jest możliwość siedzenia.

– Nie podchodź – odezwała się cicho, prosząco, niemal błagalnie.

Zaczynałem odczuwać irytację. Nie dosyć, że Magda nie wykonywała moich poleceń, to jeszcze śmiała wydawać polecenia mnie, na dodatek takie będące sprzecznymi z moimi. Podrapałem się po czole, pomiędzy brwiami, przez chwilę spuszczając głowę. Westchnąłem.

– Co ty sobie wyobrażasz? – zapytałem w końcu. Przybrałem ostry ton. – Co ty sobie tak właściwie wyobrażasz? – powtórzyłem, bo moja żona najwyraźniej nie miała w planach uraczyć mnie odpowiedzią.

Posmutniała, spuściła głowę, a kiedy ponownie ją podniosła i na mnie spojrzała, to łzy pojawiły się w jej oczach.

Miałem ochotę się zaśmiać. I nie byłby to radosny śmiech. Udało mi się jednak tę chęć zdusić w zarodku.

– Niedorzeczne – skomentowałem. – Masz posiniaczone żebra, tak bardzo, że moim zdaniem cudem nie uległy złamaniu. O siniaku na twarzy, który powstał w inny sposób, niż taki, który obwieściłaś, nawet nie ma sensu wspominać. I nie płakałaś z powodu obecnych na twoim ciele obrażeń. Nie skarżyłaś się. Nie prosiłaś o pomoc męża. Teraz rozklejasz się przez samą zapowiedź klapsa.

– Stoisz nade mną z pasem – powiedziała, jakby to krótkie zdanie mogło zaprzeczyć moim wcześniejszym słowom.

– Stoję przynajmniej metr od ciebie – poprawiłem ją.

– Żadna różnica! – uniosła się lekko.

Postąpiłem kilka kroków w bok i na przód, chcąc wyminąć łóżko.

– Stój! – krzyknęła.

– Jednak różnica? – zapytałem z wyraźną drwiną.

Nie posłuchałem żony. Stanąłem dokładnie przed nią, na krok od niej.

– Teraz stoję nad tobą – objaśniłem, a potem wycofałem się nieco i usiadłem na łóżku. Odłożyłem pasek. – Krzyczysz – zacząłem.

– Nie mówię o wykrzyknieniu typu „stój”, ale ogólnie, bardzo dużo się ostatnio wydzierasz – tłumaczyłem powoli, bardzo spokojnie.

– Przepraszam – szepnęła. Ponownie spuściła głowę, a ja ponownie z ledwością powstrzymałem się od zaśmiania. Takie pozy u kobiet robiły na mnie wrażenie, gdy sam miałem naście lat, może dwadzieścia kilka. Obecnie byłem po trzydziestce i przestałem się na to nabierać.

Nie zamierzałem żony pytać o to co ma czy też może wyniknąć z jej przeprosin. Wiedziałem, że nic. Mężczyźni, nie chłopcy, mieli jeszcze jakiś honor, który nie pozwalał im rzucać przeprosinami na wiatr. Kobiety, choć niektóre honor posiadały, to miał on inne właściwości od tego męskiego. Kobiety wszystkie, bez wyjątku, potrafiły przepraszać tylko i wyłącznie po to, by dla siebie coś ugrać w danym momencie. Żadna nie zaplątała sobie głowy tym, że z tych przeprosin musi czy też powinno coś wyniknąć.

Przyjrzałem się Magdzie uważniej. Miała łzy w oczach, a na sobie jedynie bieliznę i podkoszulkę na ramiączkach. Mogłem dosięgnąć do niej ręką, szarpnąć, przytrzymać i przyrżnąć należycie, ale nie chciałem zachowywać się jak neandertalczyk.

Zdecydowałem się więc na zapytanie:

– Dlaczego do siebie nie krzyczymy?

Magda podniosła głowę i spojrzała na mnie wielce zdziwiona.

– Dlaczego nie powinniśmy na siebie krzyczeć? – sprostowałem, sugerując, że jej jednak się to zdarza i to nazbyt często.

– Wparowałeś tutaj, uderzyłeś mnie, zaskoczyłeś… – starała się z wyraźnym chaotyzmem wytłumaczyć. Leon miał to bez dwóch zdań po niej. On nie odpowiadał na pytania, nie rozwijał terminów, on tłumaczył siebie. Zawsze tylko siebie.

– Pytałem o zasadę – korciło mnie, by jej powiedzieć, ale skoro już weszła na temat zaskoczenia, to postanowiłem to pociągnąć. – Wolisz jak ci zapowiadam? – spytałem i nie czekałem na odpowiedź. Nie sądziłem, że w ogóle jakąś z sensem uzyskam. – Dostaniesz lanie za tak częste podnoszenie głosu – zapowiedziałem jej więc. – Zwracałem ci na to uwagę więcej niż raz. Znałaś zarówno zasadę, jak i konsekwencję łamania jej, tak więc twoje przepraszam nie da rady odwieść mnie od decyzji, by paska użyć – wyjaśniłem i ścisnąłem swoją własną dłoń drugą dłonią, zupełnie tak, jakbym się witał sam z sobą. – Jednak od tej rozmowy jest zależne jak go użyję – dodałem.

Magda wyraźnie odczuła upadek z piedestału. I bardzo dobrze. Miało to strącenie z wysokości, na kilka szczebli niżej, do niej dotrzeć. Okłamywała mnie, kręciła, mataczyła, a do tego jeszcze pokrzykiwała. Sama była sobie winna. Zasłużyła nie tylko na lanie za karę, ale na ostrzejsze przypomnienie podstawowych zasad, na których stały fundamenty naszego małżeństwa.

– Krzyknęłam, bo mnie wystraszyłeś. Miałam prawo – upierała się.

Uśmiechnąłem się, ale głowę wzniosłem do sufitu. Gdybym wierzył w Boga, pewnie zapytałbym się dlaczego to widzi i nie grzmi.

– Nie miałaś – odparłem stanowczo. – Masz takie prawa, jakie tobie nadałem. Nie pozwalałem i wciąż nie pozwalam na siebie krzyczeć.

– Szymon…

– Magdaleno – nie przerwałem jej. Sama zamilkła, ledwie po wypowiedzeniu mojego imienia – wyjaśnię ci coś – kontynuowałem. – O tym, że nie toleruję wrzasków i kłamstw, wiedziałaś trzy lata temu, gdy składałaś podpis w urzędzie stanu cywilnego. Wiedziałaś też co cię spotka, gdy będziesz kłamała i wrzeszczała. Przez te trzy lata zdarzyło się, że za to dostałaś. Być może nie zauważyłaś, ale za każdym razem biłem mocniej.

– Zauważyłam – wtrąciła.

– Dziś przyszło mi do głowy, że może jednak niewystarczająco mocno, byś bała się kolejny raz złamać zasady. A to nie są nawet jakieś dalekie, wysokie zasady, to, jakkolwiek to zabrzmi, podstawa podstawy. Kolejną podstawą podstawy jest rozmowa. Trudno jest ją toczyć, gdy ja zadaje pytanie, a odpowiedzią na nie jest nic niewnoszące pomiędzy nas, jak i w temat, „przepraszam”. O tym, że nie jestem mężczyzną, który za „przepraszam” rzuci ci się do stóp, wiedziałaś jeszcze przed ślubem – objaśniłem wprost. – W tej chwili staram się przemówić do twojego rozsądku, byś ze mną porozmawiała, jak osoba dorosła. Tu nie ma miejsca na spuszczanie główki, łzy w oczkach i przepraszanie. Bo nie jestem ojcem, który cię po takim czymś przytuli, pogłaszcze po główce i uspokoi słowami, że jakoś to będzie, a potem wszystko za ciebie ponaprawia, bez przyjęcia przez ciebie za to żadnych konsekwencji. Nie jestem twoim ojcem, nie jestem takim ojcem. Tym bardziej nie będę takim mężem. A przypominam, jestem twoim mężem. Sama sobie mnie za męża wybrałaś.

Łzy w oczach żony, tym razem w pełni szczere, utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze czynię, że zwracam się do niej właściwie, że tym razem wszystko zrozumiała. Do Magdy właśnie dotarło, że lanie dostanie, i że jest to nieuniknione. Z pewnością pojęła też, że sama do tego doprowadziła, wielokrotnym łamaniem podstawowych zasad.

– Zanim się położysz, chcę byś odpowiedziała mi na pytanie, które zadałem wcześniej.

– Jakie? – spytała niepewnie.

– Pasem też ci pamięć poprawię – zapowiedziałem.

Zatrzęsła się pod wpływem albo słów jakie wypowiedziałem, albo tembru głosu, który świadomie przyjąłem. I bardzo dobrze. Chciałem takiej reakcji. Musiałem pobudzić ją do myślenia i rozsądniejszego postępowania.

– Dlaczego na siebie wzajemnie nie krzyczymy? – zapytałem.

– Nie krzyczałam na ciebie – zaoponowała szybko. Spojrzałem się na nią tak, że zaraz dodała: – No, nie opierdalałam cię! – uniosła się, niby nieznacznie, ale jednak.

Przymknąłem powieki, zwiesiłem głowę i przywołałem do siebie spokój. Spojrzałem na Magdę. Pochwyciłem za jej dłoń. Próbowała ją wyszarpnąć, ale nie pozwoliłem jej na to. Nie ciągnąłem ją też na swoją stronę. Czekałem.

– Przepraszam. Przepraszam. To był odruch – tłumaczyła. W końcu przestała, ale z pewnością rozumiała, że znowu podniosła głos i tym sprowadziła na siebie kilka dodatkowych razów. Zamilkła, zauważając, że nie podejmuję z nią żadnej dyskusji.

– Chodź – poleciłem i delikatnie szarpnąłem za jej rękę.

Wzięła głębszy wdech. Szarpnąłem mocniej. Bez trudu położyłem ją na swoich kolanach. Niezupełnie się temu poddawała, ale też nie protestowała. Uderzyłem samą dłonią. Zapiekło. Drugi raz zapiekło mocniej.

– Przesadzasz – pouczyłem Magdę. – Pozwalasz sobie na nazbyt wiele – dodałem i nie biłem dalej. Złapałem ją za ramię i pomogłem wstać. Usadziłem ponownie na krześle naprzeciwko. Splotłem ręce na piersi, zamykając się w ten sposób na rozmowę z nią. Poczyniłem tak w pełni świadomie. Dyskusja z Magdą, w tamtejszej chwili, nie miała żadnego sensu. – Do późnego wieczora przypomnij sobie, dlaczego na siebie nie krzyczymy, jak i dlaczego się nie okłamujemy. Porozmawiamy o tym przed snem – zapowiedziałem. – A tymczasem – sięgnąłem po pilot i włączyłem cicho muzykę – zsuń majtki i przyjmij odpowiednią pozycję – wydałem polecenie, wstałem i pochyliłem się, by sięgnąć największej poduszki. Rzuciłem ją niemal na środek łóżka.

– Mama jest na dole – Magda najwyraźniej chwytała się ostatniej deski ratunku.

– Wiem – przyznałem, sięgając po pasek. Poprawiłem go w dłoni.

– I? – zapytała.

– I? – powtórzyłem po niej.

– I cię to nie rusza? – zdziwiła się.

– Nie. – Natychmiast się do niej odwróciłem. – A powinno? – dopytywałem. Odstąpiłem od żony na kilka kroków i ponownie sięgnąłem po pilot. Za jego pomocą sprawiłem, by odtwarzacz płyt winylowych wygrywał muzykę głośniej. – Kładź się – rozkazałem i pasem wskazałem na łóżko.

Czternasta symfonia Beethovena rozbrzmiała w naszej sypialni, ale nie na tyle głośno byśmy nie mogli z sobą rozmawiać. Spojrzałem na Magdę, widziałem jej wahanie. Dostrzegałem w jej oczach strach, ale utwierdzałem samego siebie w poglądzie, że gdyby się nie bała, to karanie jej w ten sposób nie miałoby żadnego sensu.

– Twój opór się na nic zda – uprzedziłem. – Zawiniłaś, więc poniesiesz konsekwencje.

– Mam uklęknąć? Położyć się? – zapytała cicho, powoli zbliżając się do łóżka.

– A pierwszy raz jesteś w takiej sytuacji? – odpowiedziałem jej pytaniem na pytanie. W tamtej chwili zaczęła mnie irytować, bo wcześniej wielokrotnie wydałem polecenie, by się położyła. Poza tym, gdyby uklęknęła i się wypięła, nie miałoby to tak naprawdę żadnego znaczenia. W tym przypadku pomiędzy klęczenie a leżeniem nie było znaczącej różnicy.

Podszedłem na tyle blisko, by móc chwycić żonę za ramię. Delikatnie podprowadziłem ją do łóżka. Nieznacznie pchnąłem. Chciałem jej tym pomóc podjąć właściwą decyzję. Buntem mogła doprowadzić jedynie do takiego lania, jakiego w życiu nie chciałaby ode mnie dostać.

– Ponieważ pamiętanie zasad nie jest ostatnio twoją mocną stroną, przypominam, że nie wolno ci wstawać ani zasłaniać się – uprzedziłem, kiedy wdrapywała się na łóżko. Nim zacząłem wymierzać karę, sprawiłem, by muzyka zagrała jeszcze głośniej. Odłożyłem pilot na toaletkę żony.

Wziąłem płytki zamach i uderzyłem mocniej niż wcześniej dokonałem tego dłonią, ale nadal na tyle lekko, by samemu o sobie nie myśleć, że świadomie znęcam się na żoną i robię wszystko, by zadać jej możliwie jak największy ból. Było to zbyteczne. Chciałem żonę ukarać, bo to należało do moich obowiązków, ale nie chciałem poczynić jej tym żadnej krzywdy. Wiedziałem, że to uderzenie Magda odczuła, ale w gruncie rzeczy o to właśnie chodziło. Miała czuć i następnym razem się zastanowić, nim podniesie głos, czy w ogóle warto to robić.

W tym wszystkim z Magdą działaliśmy zupełnie odwrotnie. Dla mnie dwa pierwsze uderzenia były najtrudniejsze. Przy ich wymierzaniu zwykle myślałem, wyważałem siłę, a nawet miałem chęć się wycofać. Później, przy kolejnych, działałem już mechanicznie. Zaś jeśli chodziło o moją żonę, to te dwa pierwsze uderzenia było jej najłatwiej znieść. Z każdym kolejnym było już tylko trudniej.

Widziałem każde jedno jej wzdrygnięcie i starałem się być na nie ślepy. Miałem świadomość, że walczy z dłońmi, by się nimi nie zasłonić. Pewnie po każdym pasie miała ochotę wstać i uciec. Wiedziała jednak, że żadne z takich zachowań, by jej się nie opłaciło, a ja nie biłem na tyle mocno, by nie miała wyjścia. To było typowe, klasyczne lanie, takie „do zniesienia” i na dobrą sprawę nawet dziecko dałoby radę sobie z nim poradzić.

Nie przestałem w chwili, gdy dostrzegłem w reakcji ciała żony lekkie drżenie. Wyczytałem w tym chęć poderwania się do góry. Położyłem wtedy dłoń między jej łopatkami i w pochylonej pozycji wymierzyłem konkretniejszy raz. Zabolało. Takie było zadanie tego uderzenia. Miało zaboleć mocniej niż poprzednie i być dla Magdy przestrogą. Tym uderzeniem niewerbalnie powiedziałem jej, że ma się bardziej pilnować i trzymać pozycję, bo z pewnością nie chciała dostać karnych razów ani tym bardziej kolejnego lania, odłożonego w czasie do jutra czy przyszłego tygodnia, takiego za samo nieodpowiednie zachowanie podczas przyjmowania kary. Podkuliła nogi. Nie zamierzałem jej za to ganić. Uderzenie było mocne i właśnie taki był jego cel. Magda z pewnością odczuła różnicę między tym razem a poprzednimi. Pokazałem jej tym jak potrafiłbym ją bić, gdybym tylko tego chciał. Nie chciałem, ale jednocześnie też miałem pewność, że gdybym musiał, to bym się nie zawahał, choć teraz walczyłem sam z sobą, by nie odwrócić wzroku i nie musieć patrzeć na cierpienie żony. Cierpliwie poczekałem aż Magda opuści nogi i kontynuowałem. Od początku zaplanowałem sobie, że uderzeń będzie przynajmniej dziesięć, ale nie więcej niż dwadzieścia. Zaprzestałem karać żonę na szesnastym. Może, gdyby posłuchała mnie i zdjęła dół bielizny, to byłoby ich tylko dziesięć. Jednak o tym objawie nieposłuszeństwa zamierzałem porozmawiać z nią dopiero wieczorem, przed snem, gdy jej matki nie będzie w kuchni na dole, a dzieci będą w swoich łóżkach.

Wyprostowałem się i wsunąłem pasek w szlufki dżinsów, wiedząc, że tego dnia może mi się jeszcze przydać. Nie zapiąłem go. Przyciszyłem muzykę i odwróciłem żonę przodem do siebie. Pomogłem jej usiąść.

Płakała, ale nie było to bezmyślne łkanie. Nie był to też płacz histeryczny. Płacz ten był zwyczajny i zupełnie naturalny. Magda reagowała nim na ból.

– Skup na mnie swoją uwagę i posłuchaj tego co mam ci do powiedzenia – zacząłem. Przykucnąłem, by być możliwie jak najbliżej żony, a przy tym nadal móc trzymać ją za rękę i mieć oczy na tej samej wysokości co ona. – Zanim to zrobiłem, to wielokrotnie prosiłem i upominałem, choć nie lubię się powtarzać. Nie chcę, by żona na mnie krzyczała i nie zmienię na ten temat zdania. Nigdy. Dopuszczam od tej zasady pewne wyjątki, ale nie na tyle częste, byś podnosiła na mnie głos kilkukrotnie w ciągu jednego dnia. Wybij więc sobie z głowy, że będziesz na mnie pokrzykiwała bez powodu, bo za każdym razem skończy się to przynajmniej tak jak teraz, a niewykluczone, że kolejne lanie będzie dłuższe. Zrozumiałaś? – zapytałem.

Przytaknęła, a ja nadal patrzyłem jej w oczy. Zrozumiała, że czekam na słowa, a nie gesty. Zamknęła oczy i zebrała się w sobie, by słowem odpowiedzieć:

– Tak.

Zachowanie Magdy nie sprawiało, że miałem wyrzuty sumienia. Jedynie utwierdzało mnie w przekonaniu o słuszności takiego postępowania. Od wieków rodziny funkcjonowały przez z góry ustaloną hierarchię. W XXI wieku ta hierarchia zaczęła zanikać. Żony zaczęły stać w tej samej linii co mężowie. Po jakimś czasie, do tego samego pułapu dosięgnęły także dzieci. Zaczęły się masowe rozwody, a ośrodki szkolno-wychowawcze pękały w szwach. Ja, gdy jeszcze byłem nastolatkiem, wiedziałem, że jeśli założę rodzinę, to tylko na starych zasadach i bez nowoczesnych poglądów.

– Pozostały jeszcze kłamstwa – przypomniałem Magdzie i wydawało mi się, że nawet ją tym wystraszyłem. – Sama najlepiej wiesz kiedy mnie okłamałaś, w jakich sprawach i dlaczego. Przede wszystkim chcę poznać motywy twojego działania i nie chcę ci już więcej dokładać. Dlatego nie pozostawiaj mnie bez wyboru i nie zmuszaj do ostateczności. Nie mówię, że nie dostaniesz innej kary, ale zapewniam cię, że każda inna będzie mniej dotkliwa niż kolejne pasy na już zbitą pupę. Porozmawiamy, gdy wrócę. Odbiorę dzieci. – Wstałem i w pierwszej chwili chciałem zapiąć pasek. Ostatecznie jednak zadecydowałem, by go zdjąć. Uwierał mnie. – Liczę na to, że dzisiaj już mi się nie przyda – zwróciłem się do żony. – Odłóż go do garderoby, w to samo miejsce co zwykle – poleciłem zwyczajnym, niemal proszącym tonem. Wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi.

_______

warningFragment pochodzi z książki pt. „Miejskie opowieści”.
Znasz ich. Słyszysz o nich. Czasami mówisz. Nie są wyjątkowi. To tylko ludzie. Jedynie uważają się za królów tego świata. Wmawiają sobie, że to oni ustalają zasady gry. Są pionkami. Po latach stają się miejskimi opowieściami, ku przestrodze… Nie, nie zawsze jest to przestroga. Niekiedy są krzykiem w stronę ambicji. Innym razem nawoływaniem o pokorę. Poznaj ich. Poznaj legendy miast, brudnych ulic i arystokratycznych dzielnic. Zajrzyj do ich domów, talerzy, łóżek. Pokochaj lub znienawidź.
Powieść publikowana na Wattpadzie od września 2021 roku, w każdą sobotę.

Link do „Miejskich opowieści”:
https://www.wattpad.com/story/167322629-miejskie-opowie%C5%9Bci 

23 myśli w temacie “Miejskie opowieści

  1. checosamai

    Miejskie opowieści przeczytane, czekam na dalsze rozdziały. Losy Magdy i Szymona zdecydowanie mnie najbardziej zainteresowały. Jej rozważania(?) o relacji DD są niezwykle trafne, dają do myślenia. Cała książka wciąga poprzez przeplatanie wątków, ba! Splatanie wątków i bohaterów. Dziękuję raz jeszcze za link😊
    Co do Twojej twórczości – pisałam to już wcześniej, ale chętnie powtórzę – doskonała robota! Cieszę się, że tutaj trafiłam. Oj potrafisz człowieka rozpalić słowami, potrafisz…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s