Ofiary

Autor: Klarysa Ratmajer

Dłonie na dekolcie

ofiaryWysiadła pod furtką klimatycznej willi, która wielu kojarzyłaby się romantycznie, a jej jedynie z domem wyrwanym z centrum filmowego horroru. Płaczące wierzby i stara fontanna, przedstawiająca lwa ze skrzydłami, z czego jedno było odłamane, przyprawiały ją o gęsią skórkę. Na samym końcu, po przebyciu wąskiej ścieżki, stał biały budynek, którego tynk, w miejscach, w których nie szarzał, to całkiem odpadł.

Margareta weszła za furtkę i ruszyła wąską ścieżką. Brnęła wprost na opierającego się o brudny filar bruneta, który właśnie kończył palić papierosa.

– Okropny nałóg – stwierdziła, zaraz po tym, gdy pofatygował się, by pochylić i musnąć ustami jej aksamitny policzek.

– Ja też się cieszę, że ciebie widzę. – Wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu, a potem wskazał dłonią dwuskrzydłowe, ciężkie drzwi wejściowe.

Wysiadła pod furtką klimatycznej willi, która wielu kojarzyłaby się romantycznie, a jej jedynie z domem wyrwanym z centrum filmowego horroru. Płaczące wierzby i stara fontanna, przedstawiająca lwa ze skrzydłami, z czego jedno było odłamane, przyprawiały ją o gęsią skórkę. Na samym końcu, po przebyciu wąskiej ścieżki, stał biały budynek, którego tynk, w miejscach, w których nie szarzał, to całkiem odpadł.

Margareta weszła za furtkę i ruszyła wąską ścieżką. Brnęła wprost na opierającego się o brudny filar bruneta, który właśnie kończył palić papierosa.

– Okropny nałóg – stwierdziła, zaraz po tym, gdy pofatygował się, by pochylić i musnąć ustami jej aksamitny policzek.

– Ja też się cieszę, że ciebie widzę. – Wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu, a potem wskazał dłonią dwuskrzydłowe, ciężkie drzwi wejściowe.

Po otwarciu drzwi i przekroczeniu progu przywitała ich przestronna i jasna recepcja. W tle pobrzmiewała muzyka wygrywana na strunach wiolonczeli oraz wybijana na klawiszach białego fortepianu.

– Tylko pokój czy przybyli państwo na kolację? – zapytała dobrze im znana recepcjonistka.

– Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny – wyjawił Hubert w kierunku Margaret. Nigdy nie spolszczał jej imienia. Dla niego była po prostu Margaret i długi czas uważał, że to tylko taki pseudonim, jaki był w posiadaniu wielu kurew. Nawet kiedyś jej wyznał, że Margaret, Susan, Katrin jest w prostytucji więcej niż psów Burków na niejednej wsi.

Nie spodobało jej się wtedy to porównanie. Uznała je za mało poetyckie, ale Hubert właśnie taki był. Żaden z niego literat, choć czasami czytywał, ale tylko giełdę papierów wartościowych.

– W takim razie kolacja w salonie, z resztą gości, czy w pokoju? – dopytywała recepcjonistka, przerywając tym samym rozmyślania Margarety.

Zanim brunet odpowiedział, to jego partnerka na godziny już chwyciła za klucz, który pracownica pensjonatu trzymała w dłoni.

Margareta zadecydowała za nich oboje:

– Dla niego coś krwistego, a dla mnie sam deser. Konsumpcja odbędzie się w pokoju.

Ruszyła po krętych schodach na górę, a on podążył za nią. Po drodze zerknęła jeszcze na numer, który wybity był na ozdobnej, sztucznie złoconej blaszce. Udała się pod odpowiednie drzwi i wsunęła klucz do zamka.

– To niepoważne bym w towarzystwie dżentelmena, sama przed sobą drzwi otwierała – zamarudziła.

Wystraszyła się, gdy poczuła dotyk Huberta na swoich biodrach. Był mocny, a jego właściciel na tyle silny, by, bez zadyszki i licznych poświęceń, podnieść ją i odstawić nieopodal. Chciał tym sposobem utorować sobie dostęp do drzwi. Chwycił za klucz, przekręcił go w zamku, nacisnął na klamkę, a potem złapał dziewczynę za ramię. Szarpnięciem i pchnięciem zmusił do tego, by przekroczyła próg, rozkazując przy tym:

– Maruda, właź.

Hubert Laskowski zatrzasnął za sobą drzwi pokoju hotelowego. Chwycił nastoletnią kochankę za włosy i przycisnął jej twarz do lustra, którego brzegi pokryte były kamieniami. Te natomiast barwą przypominały dzikie bursztyny. Sięgnął dłońmi do paska, który miała przy dżinsach. Operował nim po omacku, chaotycznie, momentami gwałtownie, tak jakby się irytował na brak umiejętności w rozpinaniu takich dodatków garderobianych.

W końcu kawałek skóry ustąpił, choć nie było to poddanie, a przegranie walki. Pozostał już tylko guzik. Po rozpięciu jednego okazało się, że pozostały jeszcze trzy, które zastępowały suwak. Brunet zazgrzytał zębami, a Margareta nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Zmrużyła oczy, dołeczki wstąpiły na jej policzki, a białe zęby kontrastowały z czerwienią szminki.

– Suka – wysyczał.

Owinął wokół dłoni włosy farbowane na blond. Dziewczyna w tym czasie odwróciła się, wykorzystując moment, w którym przestał dociskać jej głowę do lustra. Spojrzeli sobie głęboko w oczy i dopadli do swych ust, po równo przemierzając dystans, jaki dzielił ich wargi.

Plecami dotykała kamieni przypominających bursztyny. Nogę zakładała na biodro Huberta, ale nim zezwolił na taki gest, to najpierw usiłował zsunąć jej dżinsy. Materiał dobrze przylegał, był elastyczny. W końcu się poddał i pozwolił na to, by jeszcze moment pozostała w spodniach. Oplotła go swymi nogami, a on docisnął ją mocniej do ściany. W takiej pozycji, choć nie należała do najwygodniejszych i najbezpieczniejszych, dał radę pozbawić ją góry ubrania – popielatej bluzy z różowymi kokardami oraz koronkowego, niemal przezroczystego stanika.

– Zaraz przyniosą twoją kolację i mój deser – napomniała, kiedy niósł ją w kierunku dużego łóżka, skrytego pod srebrno-złotą narzutą.

Nic na to nie odpowiedział, choć usłyszał słowa, zrozumiał je i przyjął do wiadomości. Zaraz po upuszczeniu Margarety na miękką pościel, pozbył się marynarki. Odszedł kilka kroków i by zapobiec jej pognieceniu, odwiesił ją na oparcie wąskiego fotela. Dotknął palcami ust i zaczął je przecierać, podobnie jak okolice naokoło nich. Chciał zetrzeć ślady powstałe od czerwonej szminki.

– Zawsze mnie brudzisz – poskarżył się i ruszył do drzwi, gdy usłyszał delikatne stukanie oraz zapowiedź kelnera. – Schowaj się trochę albo okryj – polecił i zaczekał, aż Margareta wykona polecenie. Dopiero potem otworzył i nakazał położyć tace z obiadem i ciastem na środku owalnego stołu.

– Najpierw jemy czy najpierw się pieprzymy? – zapytała wprost, nie czekając nawet aż kelner wyjdzie.

Bez zobowiązań, część 1

Margareta postąpiła tak, jak ustaliła z Tomaszem dzień wcześniej. Przyszła do niego z samego rana, by zjeść obiecane tiramisu i wypić mocną, czarną kawę z dużą ilością cukru. To wtedy zauważyła, że Tomek nie słodzi, choć przełyka gęstą breję, krzywiąc się z każdym łykiem. Nie omieszkała zapytać, dlaczego tak właśnie jest.

– Dieta – odpowiedział krótko i niezwykle konkretnie.

– Dieta? – zdziwiła się. Oparła wygodniej o oparcie krzesła i splotła ręce na piersi, jakby wyczekiwała kontynuacji tego tematu.

– Trener nie pozwala – objaśnił.

– Masz trenera?

– Boks to moje życie.

– To się czasami nie kłóci z twoim zawodem? – Zmrużyła oczy i zrobiła minę pełną niewiedzy.

– Jeśli się chce, to wszystko można w życiu pogodzić – powiedział z uśmiechem prawdziwego szczęśliwca. – A przynajmniej warto spróbować – dodał i przy tym nieco sposępniał, zamyślił się.

Margareta objęła łyżeczkę ustami w sposób niezwykle seksowny i także się zamyśliła. Ona jednak, w przeciwieństwie do Tomasza, nie zaprzątała sobie głowy sprawami przeszłości, a nim samym. Zastanawiała się, jakie są motywy jego działania i jaki ma plan odnośnie niej samej. Szczerze wątpiła, że bawią go rozmowy o niczym i że jest w stanie uważać małolatę za godnego kompana do konwersacji. Margareta nie była głupia, a naiwność utraciła jeszcze przed poświęceniem swej niewinności. Wiedziała na czym ten świat stoi, jak i to dzięki czemu się obraca.

– Nie uważasz, że to trochę dziwne – zaczęła, postanawiając zagrać po części w otwarte karty. Chciała, by Tomasz odkrył swoje.

– Co wydaje ci się dziwnym? – zapytał, mrużąc oczy i skupiając całą uwagę na jej twarzy.

– Ty – rzuciła prosto z mostu.

Na krótki moment turkus jej spojrzenia zmierzył się z barwą zieleni, która migotała w jego tęczówkach. Przeszło jej przez myśl, że kolor jego oczu jest niczym szmaragdy. Przypomniało jej się, że kiedyś lubiła ten kamień. Lubiła… Przestała lubić.

– Co sprawiło, że zechciałeś mnie poznać? – Wstała i ponownie oparła się o oparcie krzesła, z tą różnicą, że teraz uczyniła to rękoma. – Wybacz, ale to nie jest szczególnie normalne, by dorosły facet uganiał się za dziewczynką.

Tomek spuścił głowę, ale nie było w tym geście ni cienia wstydu. Zareagował tak jedynie na słowo dziewczynka, które Margareta wypowiedziała w sposób wydający mu się być bardzo niegrzecznym. Domyślił się, że dziewczyna z nim flirtuje. Uśmiechnął się więc ciepło i postanowił przyłączyć się do jej gry, jednocześnie dodając tej grze trochę dosadności.

– Lubię młodsze. – Idąc w jej ślady, podniósł tyłek z krzesła i stanął za nim, by móc wesprzeć się rękoma na jego oparciu.

– Ile młodsze? – podjęła temat i zaczęła spacerować po pokoju, przyglądając się pustym, w niektórych miejscach popękanym ścianom. – Ciekawi mnie czy nie zakrawa to o pedofilię – wyjaśniła.

– Nie sądzę. Młodsze, ale dojrzałe – sprostował krótko wcześniejszą wypowiedź.

– To dziwny oksymoron – stwierdziła. Mlasnęła, okazując tym swoje niezadowolenie. Oczekiwała po swym rozmówcy czegoś więcej.

– Co? – wypowiedział niewyraźnie, sycząc przy tym, jak wąż.

– Młodsza dojrzała, to niemal jak czarny śnieg czy biała sadza – objaśniła.

– A więc o to ci chodzi. – Przespacerował się, ale jedynie na tyle, by nie mówić do jej pleców. Chciał patrzeć jej w twarz, gdy będzie przyznawał się do własnych upodobań odnośnie kobiet i tłumaczył, czym są one spowodowane. – Mówiąc, że młodsze, ale dojrzałe, miałem na myśli, że nie kręci mnie dziecko. Nie wyobrażam sobie, by podniecał mnie brak krągłości – przy wypowiadaniu tych słów akurat mijał Margaretę, więc skorzystał z okazji i spojrzał na jej pupę.

– Dobrze. – Podrapała się po podbródku. – To tłumaczy, czemu nie lubisz młodszych dziewczyn, ale czemu nie lubisz starszych? Wybacz to pytanie, ale jesteś już w takim wieku, że chyba powinieneś… – zamilkła, szukała odpowiednich słów. Wzruszyła oboma ramionami, chwilę przytrzymując je podniesione. – Rozglądać się za żoną powinieneś. Za kimś w swoim wieku, kimś z równie ustawionym życiem jak twoje – dokończyła wcześniejszą wypowiedź.

– Twoje nie jest ustawione? – zainteresował się.

– Nie mówimy teraz o mnie – starała szybko wymigać się od odpowiedzi.

– Margarito…

– Margareto – poprawiła go.

– Dobrze, przepraszam – zmieszał się nieco i nawet zawstydził taką pomyłką. – Jestem już starszym facetem i mam swoje przyzwyczajenia. Kobieta, dorównująca mi wiekiem, także miałaby już swoje przyzwyczajenia.

– I co z tego? – dopytywała.

Chodzili wkoło, zataczając coraz mniejsze okręgi. Czasami się mijali, a czasami szli w niewielkiej odległości od siebie, jakby gęsiego. Tomkowi przeszło przez myśl, że bawią się w owieczkę i wilka. Obawiał się tylko tego, by nie wyjść z tej zabawy ostatnim baranem. Przy Margarecie musiał uważać na niemal każde z wypowiadanych słów. Była dociekliwa, łapała go za tak zwane słówka i potrafiła wychwytywać dwuznaczności.

– Po prostu, gdyby nasze przyzwyczajenia się z sobą kłóciły, to byśmy się kłócili – wyjaśnił w niezwykle banalny sposób.

– Uważasz, że z młodą dziewczyną byś się nie kłócił? – zdziwiła się.

– Także bym się kłócił, ale z racji wieku, to ja byłbym górą. Więcej wiem, więcej przeżyłem, nie tak źle na tym wyszedłem. – Odwrócił się i wyciągnął ręce przed siebie, ale nie złapał Margarety za ramiona. Dał jej jedynie do zrozumienia, by się zatrzymała. – Ona dopiero wchodziłaby w dorosłe życie, więc jej doświadczenie byłoby prawie zerowe. Poza tym jej łatwiej byłoby się dostosować – dokończył.

– Do ciebie?

– Do nas – poprawił z lekkim, szelmowskim uśmiechem.

Zaśmiała się, ale uczyniła to bezgłośnie.

– Dajesz mi do zrozumienia, że lubisz się rządzić i starsza babka, by ci na to nie pozwoliła – wypaliła wprost.

– Cholernie – przytaknął.

– Co cholernie?

– Cholernie lubię się rządzić – odrzekł szczerze i nie czekając na to, aż Margareta ponownie się odezwie, znowu wystawił ręce przed siebie, tym razem zaciskając dłonie na jej ramionach.

Bez zobowiązań, część 2

Moment, w którym przyparł ją do ściany, był straszny. Wydawał jej się być czymś groźnym. A jednak Tomek dał radę tym wzbudzić podniecenie na tyle silne, że nie miała ochoty przerywać tego, co właśnie rozpoczął.

– Starsza kobieta, też by mi na to pozwoliła – stwierdził pewny swego. – Tylko frajda byłaby znacznie mniejsza – dopowiedział szeptem wprost do jej ucha. Zaczął zataczać językiem okręgi tuż pod nim, na najbardziej wrażliwym fragmencie szyi.

Zdecydowała się go dotknąć. Przyłożyła swoje dłonie do miejsca nad jego łokciami. Poczuła miękkość koszuli w biało-granatową kratę. Materiał opinał jego muskularne ramiona i zdawał się mieć zaraz na nich rozerwać. Odnosiła wrażenie, że wystarczyłoby, by tylko odrobinę mocniej napiął mięśnie i jakiś szew puściłby bez zbędnych oporów. Do podobnego wniosku doszła, gdy dłonie przełożyła na męskie łopatki, idealnie zarysowane pod tym, zdającym się być za ciasnym, ubraniem.

– To chyba nie ma sensu – powiedziała, nim zamknął jej usta pocałunkiem.

Całował w taki sposób, w jaki ona tego nie znosiła. Język wnikał za głęboko, a jego właściciel zdawał się kierować przy tym czystym egoizmem. Coś jednak sprawiło, że ciekawa była tego, co może wydarzyć się później, dlatego nie przerwała tych katuszy i nie starała się nauczyć swojego nowego kochanka delikatności. Zresztą, nadmiernej delikatności też nie byłaby w stanie znieść, a przynajmniej wtedy tak jej się wydawało.

Pierwsza dobrała się do jego koszuli, ale udało jej się odpiąć tylko jeden z guzików. Skończyło się bowiem na mocnym smagnięciu po dłoniach i ostro wypowiedzianym: zostaw.

Nim Margareta ogarnęła to, co Tomasz mówi, jak to brzmi, co robi, to on już trzymał jej nadgarstki w stalowym uścisku i przyciskał do ściany nad głową. Jego pocałunki, o ile to jeszcze było możliwe, nabrały na intensywności i także na agresji.

Zdaniem Margarety w Tomku było bardzo dużo agresji i to takiej, której samo słowo agresja nie określało, ale ona w myślach używała właśnie tego, bo nic bardziej trafnego nie przychodziło jej do głowy. Ta agresja była dziwna, bo opierała się na specyficznym rodzaju przemocy, na takim, który nie przekraczał granic, wyczuwał bariery i nie forsował ich.

Tomek był zdyszany. Zmęczyły go same pocałunki i siła jaką wkładał w utrzymanie przy ścianie rąk dziewczyny. Walczyła z nim. Może nie było to pełne opieranie się, ale dłonie chciała uwolnić. Sądziła, że on tego oczekuje, że właśnie takiej walki łaknie.

Działała na niego. Jej gesty, mimika twarzy, delikatne szarpnięcia, by móc na moment o czymś zadecydować, podniecały go i skutkowały tak jak najlepszy z afrodyzjaków.

Oboje zdawali się zakochać w tej szarpaninie albo przynajmniej na krótki moment byli ją w stanie ukochać na tyle, by starać się na różne sposoby przedłużać tę zahaczającą o brutalizm grę wstępną.

W końcu wylądowali na kanapie. On ciągle był w nienagannym ubraniu, jedynie z jednym rozpiętym guzikiem przy koszuli. Natomiast jej rzeczy były bardzo wymięte, aż w końcu nie było ich na niej wcale. Spotkały się z podłogą.

Tomek rozpiął pasek, który miał przy spodniach i nie wydobywając go ze szlufek, zechciał dokończyć dzieła. Zakończył na rozpięciu guzików przy dżinsach. Margareta powstrzymała go przed wprowadzeniem penisa do pochwy. Położyła jedną dłoń na jego klatce piersiowej. Wcześniej czyniła różne gesty, które nie były w stanie go zatrzymać, ale ten jeden miał inny wymiar. Sprawiał, że Tomasz wiedział, że musi przestać i na chwilę skupić uwagę na jej oczach, a nie na nagim, niemal idealnym biuście.

– Czego chcesz? – spytał nieuprzejmie, jakby tylko niepotrzebnie przedłużała.

Dostrzegł w turkusowej barwie brak urazy. Margareta nie wyglądała w jego oczach na osobę, która miałaby zaraz prawić mu kazania, oczekiwać delikatności i wymagać, by był milszy. Miał rację, bo nie w jej planach było stawać się nauczycielką od dobrych manier.

– Bez zobowiązań – wypowiedziała zdyszanym głosem, takim, jakby właśnie brali udział w maratonie i mieli za sobą co najmniej ósmą milę.

Pokiwał głową, najpierw czyniąc to jakby w zwolnionym tempie, a potem już bardziej ochoczo.

– Jasne – wyszeptał przez lekko skrzywione usta i powrócił do tego, co ona przerwała, czyli do nagłego, szybkiego wtargnięcia w jej wnętrze.

– Nie żartuję! – krzyknęła. Zamknęła oczy, bo jego wejście ją zaskoczyło. – Nie chcę byś po tym, czegoś oczekiwał – wytłumaczyła, zmuszając samą siebie do opanowania emocji i wyrównania oddechu.

– Nie będę – zapewnił ostro i zaczął się poruszać.

_______

warningFragmenty pochodzą z książki pt. „Ofiary”. Dziewiętnastoletnia Margareta ma poczucie, że znajduje się w hermetycznej pułapce. Na dodatek uważa, że nie została do niej zwabiona. Stwierdza, że weszła do tej klatki na własne życzenie. Zdaniem Margarety ludzie są ofiarami własnych działań. Myślami powraca więc do swoich poczynań z przeszłości; do pierwszego, przypadkowego spotkania z obecnym partnerem i do relacji opartej na sponsoringu, która niegdyś łączyła ją z żonatym mężczyzną. A w tle pobrzmiewa echo wielkiej tragedii, której Margareta wciąż czuje się winna.

Link do oferty promocyjnej:

http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SMTgxOA%3D%3D/ofiary.html?title=Ofiary

Ebook dostępny również w Empiku: https://www.empik.com/ofiary-ratmajer-klarysa,p1276266446,ebooki-i-mp3-p