Sanatorium II

Historia babci zrobiła na mnie wrażenie. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie opowiadać mi o czymś takim. Za każdym razem, gdy ją widziałam, miałam przed oczyma sceny z sanatorium. Trochę było mi głupio z tego powodu, jednak babcia zdawała się nie mieć z tym najmniejszego problemu. Zachowywała się i rozmawiała ze mną zupełnie normalnie.

O czym tak rozmyślasz? – zagaiła mnie pewnego razu. Leżałam już wtedy w łóżku. Nawet nie zauważyłam, że stoi w drzwiach. Podeszła bliżej i usiadła na skraju łóżka obok mnie. Zastanawiałam się, czy powiedzieć jej prawdę. Szybko jednak przekalkulowałam, że nie mogę odpłacić się w ten sposób za jej bezgraniczną szczerość.

O tym, o czym mi kilka dni temu odpowiedziałaś. – przyznałam. – Ja bym tego nie wytrzymała. – dodałam.

Oj skarbie, jeszcze nie wiesz ile człowiek może znieść. – odparła, ciepło się do mnie uśmiechając. – Mi też było trudno, ale nie miałam wyboru. I jeszcze przyszło mi tam wrócić.

Wrócić? – zapytałam zaskoczona. Ja już nigdy bym tam nie wróciła, nawet gdybym miała umrzeć. Ale na te słowa poczułam znajome ciepło między udami. Pragnęłam, aby babcia opowiedziała mi dalszą część tej historii i na szczęście nie musiałam ją do tego namawiać.

Jakiś czas później pojawiła się wysypka na mojej pipuszce. Poszłam więc do lekarza, żeby zbadał co to jest. Ale on nie wiedział, a leki które przepisał nie pomagały. Odesłał mnie więc do ginekologa. Tam znów musiałam tłumaczyć i pokazywać wszystko od początku. Zbadał mnie dokładnie i stwierdził, że w środku wszystko jest w porządku, że wysypka występuje tylko na skórze, więc powinnam udać się do dermatologa. I znowu od początku wyjaśnianie, badania, przepisywanie maści. Ale one też nie pomogły. Dlatego ten ostatni, rozkładając ręce, odesłał mnie do sanatorium. – Urwała na chwilę. Czułam już przyspieszone bicie serca i ciepło między udami. Nie mogła mnie tak zostawić. Musiałam wiedzieć co się tam działo.

I było tak strasznie jak za pierwszym razem? – zapytałam nieco nieśmiało.

Było bardzo podobnie. Procedury, przez które każdy musiał przejść, którym każdy musiał się poddać. Gdy przyjechałam pielęgniarka zabrała mnie do gabinetu i kazała się rozebrać do naga. Powoli zdejmowałam ubranie zawstydzona, podczas gdy ona krzątała się po gabinecie, przygotowując narzędzia do badania. Ich szczęk był nie do zniesienia i sprawiał, że jeszcze bardziej się bałam. Stałam tam po środku gabinetu naga  i wystraszona. Po chwili przyszedł lekarz w średnim wieku i kazał jej mnie zważyć i zmierzyć, sam wypełniał papiery. Po wykonaniu czynności kazała mi podejść do niego. Podeszłam zawstydzona, osłaniając się rękoma. Cały czas coś wypełniał, a ja stałam tak przed nim, nie wiedząc po co. W końcu założył słuchawki i mnie osłuchał. Kazał stanąć prosto i odsunąć ręce. Potem odwrócić się tyłem do niego, żeby mógł osłuchać dokładnie. Nic nie mówił, wydawał tylko krótkie komendy, które trzeba było natychmiast wykonać. Po osłuchaniu kazał mi się położyć na fotelu i rozłożyć nogi. Powiedziałam mu, że byłam już badana i nic nie stwierdzono. Nie chciałam, żeby kolejny facet oglądał mnie i badał. Ale on powiedział tylko, że i tak musi mnie zbadać i że mam rozłożyć nogi. Nie miałam wyboru i wdrapałam się na fotel. Przywlókł się jakby od niechcenia, stanął między moimi nogami i zaczął nakładać gumowe rękawiczki. Powoli, jakby mu się nie chciało. Później zaczął mnie oglądać, dotykać. Uciskał, majstrował paluchami w środku. Nie bolało tak bardzo jak poprzednio, ale i tak nie było miłe. Poprosił pielęgniarkę o podanie wziernika, który zainstalował we mnie. Był duży, metalowy i zimny. Kiedyś nie było takich plastikowych, jednorazowych jak teraz. Zaczęłam się wiercić, gdy boleśnie rozrywał moje wnętrze. Pielęgniarka przytrzymała mnie, żeby mógł zbadać mnie do końca. Leżałam i czekałam aż to wszystko się skończy, zaciskając dłonie na fotelu, żeby wytrzymać. Po chwili wyjął to ustrojstwo ze mnie i kazał wypiąć pośladki na leżance. Pielęgniarka pomogła mi przyjąć pozycję – nogi szeroko, głowa na skórzanym obiciu, rękoma miałam złapać się leżanki po bokach. W takiej pozycji oczekiwałam aż lekarz podejdzie. Nie widziałam co się dzieje. Znienacka wsadził mi paluch do odbytu i zaczął masować. Zaraz potem poczułam jak pielęgniarka przytrzymuje mnie za biodra, a lekarz wkłada we mnie kolejne metalowe ustrojstwo. Później pamiętam już tylko rozdzieranie od środka, które wydawało się trwać w nieskończoność. Nawet gdy usunął ten przedmiot ze mnie w dalszym ciągu czułam go w sobie i to nieznośne uczucie majstrowania w środku. Po tych dokładnych oględzinach wrócił do dokumentacji, a pielęgniarka podła mi koszulinę, w którą się przyodziałam. Gdy skończył pisać, podał jej papiery, a ona odprowadziła mnie na salę.

Tak jak poprzednio były tam 3 łóżka. Dwa już zajęte przez inne pacjentki. Położyłam się na tym, które było wolne, a pielęgniarka opuściła pokój. Zostałyśmy same. Do obiadu nic się nie działo. Zaczęłam się zastanawiać co mnie tam spotka. Czy będę miała wykonywane podobne badania jak poprzednio czy zupełnie inne. Z pozostałymi dziewczętami szybko nawiązałam kontakt. Były w podobnym wieku co ja. One też, podobnie do mnie, zmagały się z wysypką. Zapytałam ich kiedy tam przyjechały. Okazało się, że są tam już kilka dni. Zapytałam więc co im robili przez te kilka dni, bo mnie na pewno czekało to samo. Opowiedziały mi wszystko dokładnie i nie myliły się. Byłam wystraszona czy zniosę te wszystkie badania i zabiegi, ale przynajmniej wiedziałam czego mam się spodziewać.

Po obiedzie do sali wkroczyły dwie pielęgniarki, rozpoczynając popołudniowy rytuał. Najpierw obowiązkowe korzystanie z toalety. Potem podchodziły do łóżka każdej z nas i odciągały kołdrę. Jedna z nich podciągała koszulinę wysoko pod cycuszki i podwijała nogę, mocno przytrzymując. Druga zaś naciągała w tym czasie gumowe rękawiczki, nabierała trochę wazeliny na palec i smarowała odbyt, po czym wpychała termometr głęboko do środka. Bolało, ale było do zniesienia. Może dlatego, że byłam starsza, a może dlatego, że już przez to przechodziłam. Pielęgniarka przytrzymywała pacjentkę przez cały czas mierzenia, a druga w tym czasie przygotowywała zastrzyk. Patrzyłyśmy na to wszystko jak bierze sporą strzykawkę, wprowadza lekarstwo do środka, nakłada igłę, która za chwilę miała znaleźć się w tyłku naszym albo koleżanki i odkłada na metalową tackę. Pamiętam, że zawsze towarzyszył temu specyficzny dźwięk. Aż do teraz go słyszę jak to wspominam. Gdy czas minął szybkim ruchem wyciągała termometr i zapisywała wynik na karcie przy łóżku, po czym brała strzykawkę, odsłaniała igłę i kierowała się w stronę tyłka. Jeszcze tylko zimny wacik i bolesne ukłucie w pośladek, a potem ból wstrzykiwanego lekarstwa, rozchodzący się po całej pupci. Zastrzyki były naprawdę bolesne i nie dziwiło nas, że czasem któraś zapłakała. Pielęgniarki wtedy mówiły chłodno, że to aż tak nie boli, że zaraz koleżanki też dostaną taki sam zastrzyk, że trzeba wytrzymać. W ogóle nie miały empatii ani współczucia. Po zastrzyku tyłek bolał jeszcze przez jakiś czas. Ale to nie był koniec. Pielęgniarka, która przytrzymywała pacjentkę puszczała ją, przekręcała na plecy i rozkładała nogi szeroko. W takiej pozycji leżałyśmy dopóki pielęgniarki nie przygotowały okładów. Wstydziłyśmy się siebie nawzajem, ale nie mogłyśmy się okryć czy zasłonić. Gdy miały wszystko gotowe, jedna podkładała pod pupę kawałek ceraty, a druga okładała pipuszkę i łono nasączonymi jakimś specyfikiem opatrunkami. To już nie bolało, a nawet było nieco przyjemne, jak chłodny materiał okrywał miejsca intymne. W takim stanie, z podciągniętą koszuliną, rozłożonymi nogami i gołym tyłkiem zostawiano pacjentkę i zabierano się za następną. Sądziłam, że gdy skończą okładać ostatnią z dziewcząt zdejmą opatrunki i będzie można się okryć, ale myliłam się. Obie pielęgniarki wyszły z sali, a my miałyśmy tak leżeć dopóki okłady nie wyschną. Nie wolno było majstrować przy nich. Jak tylko któraś z pielęgniarek zauważyła, że cokolwiek było ruszane wkrapiała klapsy na gołą pupę. Nikt się nie patyczkował, a i zgłosić nie było komu.

Po kilku kwadransach wróciły i zdjęły opatrunki, podciągając koszulinę jeszcze wyżej, aż pod szyję. Za chwilę zaczynał się obchód. Tak właśnie przygotowane miałyśmy oczekiwać na medyków. Jak poprzednio do sali wkraczało całe konsylium lekarzy, wraz ze studentami. Pochylali się nad każdą z pacjentek, oglądali, badali, pytali studentów, sprawdzając ich wiedzę, prosili ich o zbadanie. I znów młode chłopaki chętni do badania, a my całkiem bezbronne i nagie. Wstyd był zawsze na obchodach straszny, bo wtedy byli praktycznie sami mężczyźni, mało było lekarek czy studentek. A już mowy nie było o tym, żeby sobie wybrać. A musiałaś im wszystko pokazać i na wszystko pozwolić. Nie rozumieli, że człowiek się wstydzi, na golasa przed tyloma facetami.

Wymęczone po obchodzie jadłyśmy kolację, a potem znów wieczorne zabiegi. Obowiązkowa toaleta, a po powrocie odsłanianie pipuszek, podwijanie nóg, mierzenie temperatury, przytrzymywanie, zastrzyki i rozchylanie ud do granic możliwości. Tym jednak razem pielęgniarka przytrzymywała pacjentkę, a druga dokładnie smarowała łono, pipiszkę i rowek między pośladkami jakąś maścią. Samo smarowanie nie bolało, ale gdy maść została naniesiona na miejsce pokryte wysypką strasznie piekło i szczypało. Następnie pielęgniarka owijała wszystko przezroczystą folią, żeby maść się wchłonęła, a nie wytarła w pościel i zakładała tetrową pieluchę na wszelki wypadek. Do rana nie wolno było tego ściągać ani ruszać, nie można było też udać się do toalety za potrzebą. W takim stanie zostawiały nas na całą noc.

Przed zaśnięciem, co było trudne, rozmawiałyśmy o swoich odczuciach. Cieszyłam się, że nie tylko mnie tak bolą miejsca posmarowane maścią. Opowiadałyśmy sobie o tym co nas spotkało. Ja opowiedziałam im o swoim maratonie po lekarzach i poprzednim razie w sanatorium. One opowiedziały mi o swoich doświadczeniach. Nawzajem się wspierałyśmy, że nie będzie aż tak źle i że wszystko dzielnie zniesiemy.

Rano pielęgniarki budziły nas i rozpoczynały poranne zabiegi. Każdej podciągały koszulinę, odsłaniając zawiniętą pupę i miejsca intymne, zdejmowały folie i pieluchę i wycierały dokładnie resztki maści. Jedna zawsze przytrzymywała, a druga wycierała pipuszkę i rowek, mocno trąc pokryte miejsca. Cała pipuszka potem bolała. Gdy pacjentka była już wytarta, ściągały ją z łóżka, odzierały przy innych pacjentkach z koszuliny i obmywały miejsca intymne. Trzeba było w szerokim rozkroku ukucnąć nad miską z wodą, a pielęgniarka jedna z tyłu przytrzymywała, a druga myła pipuszkę, łono i rowek. Później obowiązkowe mierzenie temperatury i zastrzyki, których wszystkie nie znosiłyśmy.

Gdy pielęgniarki skończyły poranne zabiegi na wszystkich salach, po śniadaniu, przychodziły po pacjentki i zabierały je na badania. Nam najpierw kazały wypiąć pupy i sprawdzały palcem czystość odbytu. Gdy cokolwiek wyczuły, wykonywały lewatywę. Przez cały pobyt dostałam ją kilka razy. Zawsze wykonywały ją tak samo dokładnie jak pamiętałam z poprzedniego razu. Wypinanie pupy, smarowanie odbytu, wpychanie grubej, gumowej kanki, a później masowanie obolałego i wypełnionego wodą brzucha. Gdy pupa była czysta, pielęgniarki zabierały nas po kolei do gabinetu na badania. Szłyśmy przez pół oddziału jak na ścięcie. Zawsze wykonywał je lekarz w obecności studentów, którzy też próbowali swoich sił na pacjentkach. Najpierw kazano oddać koszulinę i rozłożyć nogi na fotelu. Lekarz wraz ze studentami oglądali wysypkę, sprawdzali, czy z krost nic nie wycieka i oceniali czy się powiększyła, czy pomniejszyła, czy zmieniła kolor. Świadomość, jak kilku mężczyzn pochyla się, ogląda i dotyka Cię, stojąc między Twoimi rozłożonymi nogami, była nie do zniesienia. Wszystkie wstydziłyśmy się okropnie. Po oględzinach przychodziła pora na badania wewnętrzne. Pielęgniarka podawała duży, metalowy wziernik, który lekarz instalował w środku i szeroko otwierał. Wszyscy zgromadzeni oglądali Cię w środku, czy tam nie przeszła wysypka i po stwierdzeniu, że nie usuwano wziernik. Czasem studenci uczyli się go wprowadzać do środka. Wtedy wyciągali go z Ciebie, wkładali na nowo i otwierali kilka razy, co było nie do zniesienia. Już wolałam, żeby badali mnie palcami niż tym narzędziem. Na pierwszym takim badaniu pobrano również różne próbki i wymazy do badania. Lekarz wkładał patyczki z różnymi końcówkami do wewnątrz, jeździł nimi w środku i wyjmował. Końcówkę patyczka umieszczał na szkiełku i przykrywał drugim szkiełkiem. Jednymi patyczkami prawie w ogóle nic się nie czuło, innymi było trochę nieprzyjemnie, ale i tak wszystko zagłuszał ból rozdzieranej do granic pipuszki. Po badaniu pipuszki, zawsze badali też odbyt. Trzeba było przekręcić się i uklęknąć na fotelu, opierając się o oparcie i wypinając pupę w stronę zgromadzonych. Pielęgniarka poprawiała ułożenie, rozszerzała nogi, żeby odbyt był dobrze widoczny. I znów najpierw oględziny rowka, czy tam nie pojawiła się wysypka, następnie instalowanie wziernika w odbycie i rozwieranie szpatułkami, żeby obejrzeć wnętrze. Gdy nie stwierdzono wysypki w środku usuwano przedmiot, ale i tak odbyt bolał jeszcze długo po tym i czuć było, jakby nadal coś tam tkwiło. Za pierwszym razem również stamtąd pobrano próbki i wymazy patyczkami, co było dużo bardziej odczuwalne niż w pipuszce. Studenci też uczyli się wziernikować odbyt na Tobie, co było niezwykle bolesne, jeszcze bardziej niż w pipuszce. Gdy jęczałaś albo stękałaś uciszano Cię chłodno. Jakby Twoje jęczenie rozpraszało ich i przeszkadzało im w pracy. Nikt się nie przejmował czy Cię boli czy nie. Musieli zbadać i trzeba było wytrzymać. Po badaniu oddawali Ci koszulinę, a pielęgniarka odprowadzała Cię na salę i brała następną pacjentkę na badanie.

I tak mijał dzień za dniem. Każdego te same badania, te same procedury. Tylko wykonywali je różni lekarze. Jednak wstyd i upokorzenie za każdym razem te same. Po tygodniu było już lepiej, a po dwóch już w ogóle po wysypce nie było śladu. Już miałam wrócić do domu, na co bardzo się cieszyłam. Jednak na ostatnim wziernikowaniu, tuż przez wypisem, lekarz orzekł infekcję w pipuszce i w odbycie i musiałam zostać. Byłam strasznie rozczarowana, ale wiedziałam, że muszę zostać, bo pipuszka niemiłosiernie piekła w środku i odbyt tak samo. Koleżanki z sali już wyszły, a mnie przenieśli na inną salę, gdzie leżały dziewczęta z podobnym problemem co ja.

Codzienne rytuały się zmieniły, choć mierzenie temperatury i zastrzyki zostały. Rano pielęgniarki przychodziły, odciągały kołdrę, podwijały koszulinę przy nowych koleżankach, i znów inne osoby widziały mnie nagą, ale i ja widziałam je. Jedna z pielęgniarek podciągała nogi najmocniej jak się dało do brzucha, do cycuszków, a druga mierzyła temperaturę w odbycie, choć bolał strasznie i mierzenie też bolało bardziej niż przedtem. Potem robiła zastrzyk, a na końcu wkładała tabletkę najpierw do pipuszki, a potem do odbytu. To przynosiło chwilową ulgę; chłodziło wnętrze i nawilżało. Trzeba było zacisnąć mocno i jedno i drugie, żeby tabletki nie wypadły i rozpuściły się, przez cały czas pozostając odsłoniętą, co najmniej od pasa w dół. A jak się im bardziej koszulina zadarła do góry to i cycuszki mógł każdy zobaczyć. A nie wolno było zasłonić czy poprawić się, bo od razu w pupsko strzelały, nie patrzyły nawet. We trzy znów leżałyśmy, wystawiając się na widok publiczny, a gdy tabletki się całkiem rozpuściły dopiero można było się zakryć. Gdy Ci pozwolono. Pielęgniarka zawsze podchodziła i zaglądała między nogi czy nic nie wycieka. Dopiero wtedy zaciągała koszulinę i kołdrę. I takie zabiegi codziennie rano, popołudniu i wieczorem.

A przed południem pielęgniarka zabierała nas kolejno na badania wewnętrzne. Teraz bolały jeszcze bardziej, jak pipuszka i odbyt były chore. Ale musieli zobaczyć się jest lepiej czy nie, czy leki działają i pchano wzierniki aż piszczało. Pielęgniarka aż musiała mnie przytrzymywać, żeby mogli mnie zbadać i żebym wytrzymała do końca, a łzy same ciekły po policzkach. Na szczęście z dnia na dzień było lepiej i po tygodniu mnie wypuścili. – Skończyła babcia. Przez chwilę obie milczałyśmy. Ona ponownie przeżywając swój ból i cierpienie, ja czując niecierpliwie zaciskającą się cipkę i odbyt. Czułam, że jestem tam tak gorąca i wilgotna jak nigdy. Usilnie próbowałam uspokoić oddech, żeby nie dać po sobie poznać, jakie wrażenie wywarła na mnie kolejna historia mojej babci.

Widzisz, takie to były czasy. – dodała po chwili. – A teraz śpij już, bo jutro będziesz nieprzytomna. Trochę nam zeszło z tą historią. – Babcia wstała, otuliła mnie na dobranoc i zostawiła samą. Dotknęłam się w złączeniu ud i nie miałam już żadnych wątpliwości. Byłam tak mokra, że zmoczyłam nawet prześcieradło. Co jest w tych historiach, że tak na mnie działają? Nie wiedziałam. Albo nie chciałam wiedzieć. W zamian za to moja dłoń mimowolnie powędrowała w najczulszy punkt na moim ciele, który zaczęłam pieścić. Po chwili poczułam ulgę. Było mi tak dobrze. W głowie wciąż przewijały się obrazy, o których babcia opowiadała. Nagie dziewczęta, leżące na szpitalnych łóżkach, warning1pielęgniarki, wykonujące medyczne czynności, lekarze oglądający pacjentki i bezceremonialnie wykonujący badania. To wszystko sprawiło, że eksplodowałam chwila moment. Jeszcze długo nie mogłam się uspokoić. Zawsze, gdy fantazjowałam o historiach babci, orgazmy były silne i wyczerpujące, jednak czułam się po nich lekka, rozluźniona i zaspokojona. Wtulona w pościel zamknęłam oczy. Doskonale wiedziałam, o czym będę myśleć przed zaśnięciem jutro. I pojutrze… I po pojutrze… I po…

 

Podobieństwo osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s